stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
sobota, 17 grudnia 2011
Głaski

Coraz mniej mam na to siłę. Na poznawanie ludzi tudzież przypadkowe spotykanie dawno nie widzianych znajomych ze studiów, small-talki, domówki, czucie się jak kawał gówna i wymijające odpowiedzi na zwykłe "czym się zajmujesz". - A to jeszcze cię gdzieś zapraszają? - słusznie dziwi się moja koleżanka. Zapraszają, ale niedługo przestaną. Jak jeszcze kilka razy wyjdę po angielsku albo nie przyjdę wcale albo będę siedział jak kołek (czy stał udając że piszę sms-a). Bo na zwykłe imprezy już nie chodzę, próbowałem ale straciłem siłę.

Gdyby to jeszcze była kwestia wyboru - nie chodzę  bo nie interesuje mnie ten rodzaj spędzania czasu (albo nie lubię ludzi albo uważam że w tym czasie można zrobić coś bardziej pożytecznego etc.). A nie: nie chodzę bo się wstydzę. Bo nie umiem przełamać nieśmiałości, poczucia gorszości, przetrzymać przeglądanie się w zwierciadle społecznym.

Uczyli mnie że zgodnie z analizą transakcyjną są cztery ogólne postawy w relacji ja-świat: ja przejawiam bodaj najgorszą: ja nie jestem OK - wy nie jesteście OK. A właściwie to ja jestem na tyle nie OK, że wy mnie nie interesujecie. Jednocześnie bardzo potrzebuję innych, po prostu potrzebuję głasków. Na przykład po to, żeby się nie zafiksować, żeby moje potrzeby społeczne nie uległy deprywacji. Ale nie daję rady ani czerpać przyjemności z obcowania z innymi - zwłaszcza w sytuacjach społecznych, ani też olać tych potrzeb.

Badano mnie kiedyś na okoliczność fobii społecznej - wyszło że nie mam. Więc albo od tamtej pory zwariowałem, albo jestem nieśmiały i powinienem to zaakceptować. Ale relacja ja-ludzie właściwie cały czas się pogarsza. Prócz niezbędnego minimum (matka, czasem brat i jego rodzina, sporadycznie znajomi) nie spotykam się z nikim. Kiedyś mogłem jeszcze myśleć o kobietach, w tym momencie zupełnie to odpada, bo raz że czuję się jak gówno a dwa - nie poznaję nikogo, a już zwłaszcza żadnej kobiety, która by mi się podobała. Owszem, w jakiejś mierze to kwestia moich wyborów: nie pracuję, mieszkam z matką - dobra, dziewczyny w ten sposób nie zdobędę. Ale inni ludzie? Przecież nie wszyscy od razu zakładają że ktoś, kto nie pracuje (i nie chce bądź nie jest w stanie pracować) to osoba zupełnie niewarta uwagi. Może niektórym jest to nawet obojętne.

Nie mam siły. Znowu jakiś żałosny, tkliwy, pseudoanalityczny wpis. Mam zaproszenia na dwie imprezy sylwestrowe. Niestety każde wiąże się z tym, co tu napisałem. Nowi ludzie, rozmowy o niczym. Rozważam totalne odurzenie się medykamentami i przespanie tej strasznej nocy. Tak, to byłaby ucieczka, ale kto powiedział że ucieczka jest gorsza niż męczenie się z ludźmi (bo właściwie w imię czego).

 

Cytat na dziś (2)

Bertillon był młodym człowiekiem o bladej szczupłej twarzy, smutnej i chłodnej, o ruchach powolnych i głosie bez wyrazu. Cierpiał na dolegliwości przewodu pokarmowego, na krwawienie z nosa i straszliwe ataki migreny, a był tak skryty i nieudolny w nawiązywaniu wszelkich kontaktów, że sprawiał wrażenie wręcz odpychające. Jego skrytość szła w parze z nieufnością, sarkazmem, wybuchami wściekłości, nużącą pedanterią oraz brakiem wszelkich odczuć estetycznych. (...) Nawet jeden z jego nielicznych przyjaciół potwierdził potem "jego niewymownie przykry charakter".

Jurgen Thorwald Stulecie detektywów

 


środa, 14 grudnia 2011
Pikieta z drugiej ręki

Święty Boże! Oto spotykam kolegę z liceum, trochę świra, konserwatystę i (jak się okazuje) pedała. Na skwerek - pytam bo jestem domyślny - tak, na skwerek. Oj, mówię ci, w Warszawie jest niedobrze, o wiele gorzej niż w innych miastach. Nawet tutaj jeszcze kilka lat temu to było nie do pomyślenia, za prezydentury Kaczyńskiego, żeby straż miejska biła. A bije, w Skaryszewskim, dlatego tam już nie chodzę. Ale tutaj można spotkać ludzi na poziomie, wiedzących czego chcą. Ale też nie to co kiedyś! A ci w klubach - jeszcze gorzej. Obsługa jest nieprzyjemna. I w ogóle, raz kiedyś byłem dla kogoś za miły, i niestety... Moje życie w ogóle zatrzymało się cztery lata temu, gdy upadł tamten rząd. Naprawdę na nich liczyłem. I muszę ostrzec jednego księdza, który - nie wiem czy z własnej inicjatywy, czy może ktoś go w to wciągnął - jest za intronizacją, bo tą ideę zawłaszczają pewni ludzie. Jacy? No, w skrócie przeciwnicy lustracji. Ja jestem zupełnie przeciwko intronizacji. Co polecam? No, ten skwerek, ludzie bardzo na poziomie, Błota jeszcze. Jedziesz tym 111? Aha, mamy jeszcze chwilę. Zatrzymałem swoje życie na 2007. Ale wielu ludzi mnie od tamtego czasu zawiodło. I cały czas ten Terlikowski i Tekieli w Gazecie Polskiej, ech, mówię ci. A, wsiadasz? To cześć. Idę na ten skwer.

 

 

Rashomoning

1.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Nie chciałem zmywać z siebie ani jej, ani wspomnienia tego razu. Nie chciałem jej z siebie zmywać, bo nie wiedziałem, kiedy następny raz będę z kobietą. Nie wziąłem prysznica. Po wszystkim po prostu zasnęliśmy. Zaprosiła mnie na kolację po kilku miesiącach nie widzenia się. Czy lubię na ostro - pytała w sms-ie. Lubię - odpisałem. Były warzywa, makaron ryżowy i ryżowa wódka w umiarkowanych ilościach. Czułem jeszcze na podniebieniu smak tego wszystkiego i jej smak. Gdy rozstawaliśmy się rano - wyszedłem razem z nią - i kiedy już wsiadła do tramwaju, co jakiś czas podciągałem rękaw kurtki, koszuli, i wąchałem własną skórę na przedramionach, raz nawet polizałem zewnętrzną część dłoni, szukając jej smaku. Kolacja, zaproszenie - czy lubię na ostro. Wszystko wydawało się oczywiste. A może nadinterpretowałem? Jedliśmy w pokoju, na kanapie. Rozmawialiśmy o wszystkim, co się wydarzyło od ostatniego spotkania, jakoś w wakacje. Pokazywała mi zdjęcia, które zrobiła w Mongolii, teksty. Rozmowa trwała kilka godzin i wcale się nie dłużyła. Nic też nie wskazywało na to, że będzie to więcej, niż przyjacielskie spotkanie. Miałem już wychodzić i przytuliłem ją na pożegnanie. Wyczułem jednak, że przedłuża ten uścisk. Czułem zapach jej włosów, który coraz bardziej mnie podniecał. Przytuliłem ją mocniej, a na plecach, pod koszulą wyczułem jej dłoń, która wędrowała w górę. Rozkładamy łóżko - spytała. Po wszystkim zasnęliśmy. A kiedy patrzyłem na tramwaj, który wiózł ją do pracy, pomyślałem, że prysznic wezmę dopiero wieczorem. A w autobusie, zatopiony w myślach i zapachach poczułem w kieszeni wibrację. SMS: dziękuję:) może jakaś repeta?

2.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Nie musiałem. Droga z Muranowa do pętli autobusów nocnych na Centralnym jest wystarczająco długa, by wszystko przemyśleć. Zastanawiałem się co czuję, czy jest mi na przykład przykro. Nie było. Raczej miło po miłym wieczorze. Idąc pomiędzy nieco absurdalnymi ale i odrealnionymi budynkami Muranowa myślałem - to fajnie, że tak się to skończyło. Na pożegnanie uściskaliśmy się i był to jedyny moment w którym mogło się zdecydować, czy przyszedłem tylko na kolację. Właściwie był to jedyny erotyczny moment w trakcie całego spotkania. No, może oprócz jej odsłoniętej stopy z pomalowanymi na czerwono paznokciami, którą miałem ochotę pocałować, lizać, i od której w ogóle miałem chęć zacząć całą konsumpcję. Świadomie czy nie - z tą nagą stopą pokazywała mi swoje zdjęcia z Mongolii i pytała co myślę o tekstach. W ogóle dużo miłych rzeczy mi powiedziała, że umiem słuchać, że można ze mną porozmawiać - takie tam. Stopa jednak mnie kusiła (a może ona kusiła mnie stopą) i kilka razy miałem jej to powiedzieć. No bo przecież kolacja, zaproszenie - ten sms czy lubię na ostro. Wszystko wydawało się oczywiste. A może nadinterpretowałem? Może kolacja znaczyła - posiłek, a na ostro - pytanie o przyprawy. Zjedliśmy w pokoju, na kanapie (bo nie miała stołu), ja w myśli zadawałem sobie te pytania i postanowiłem poczekać co dalej, nie nastawiając się na nic. Zrobiło się późno, uściskaliśmy się i wyszedłem. Przemierzając Muranów, czułem się dobrze sam ze sobą, byłem wręcz zadowolony że "nic" się nie wydarzyło. Czułem się bezpiecznie, było mi przyjemnie że ktoś dla mnie coś przygotował, że spędziłem świetny wieczór w sympatycznym towarzystwie osoby, która mnie rozumie i akceptuje.

3.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Ale zmyłem, potrzebowałem jakiegoś odprężenia, a szum wody zawsze mnie uspokaja. Zasypiając i pachnąc tylko mydłem, wspominałem to, co się działo. Żwawym krokiem, bo zimno: Muranów, Plac Bankowy, Osiedle za Żelazną Bramą, szybki papieros, autobus nocny. W środku mnie też gęsto, dużo emocji, endorfina chyba jeszcze krążyła w żyłach, skóra pamiętała jej dotyk, członek - wydawało się że przed chwilą - był w niej, w jej ciepłym środku. Na pożegnanie całowaliśmy się długo, potem pomachała mi przez okno. Nie mogłem u niej zostać, bo rano miała jakiś wyjazd służbowy, koleżanka miała po nią przyjechać taksówką o piątej, a jeszcze była niespakowana. W sumie zostawiła mi wolny wybór, mogłem zostać, ale wiedziałem że trochę liczy na mój zdrowy rozsądek. Skończyło się tak, jak mogło się skończyć – w łóżku. Ale wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Owszem, kolacja, zaproszenie - ten sms czy lubię na ostro (lubię).Wszystko wydawało się oczywiste, i tym razem było oczywiste także dla mnie, rozczytałem ten nietrudny kod. Czy tego chciałem? Trudno powiedzieć. Przyznaję, liczyłem na to bo dawno z nikim nie byłem. I było ostro, już od samego początku. Ale wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Mogłem nie przynosić kwiatów na jakieś zaległe imieniny – nie rozczuliłaby się wtedy. Mogłem na przykład zignorować ten niby-bałagan w łazience (koszulka, suszący się biustonosz). Ale w imię czego? Oboje tego chcieliśmy, rzuciliśmy się na siebie, spożywając siebie nawzajem na kolację. Wchodząc w nią chciałem krzyczeć, że jest mi jak w siódmym niebie. Całując stopy nie mogłem pohamować westchnień. Gdy usiadła na mnie, uśmiechnąłem się bo bluźnierczo pomyślałem, że lekkie to brzemię (a jarzmo słodkie). A, zapomniałem o jedzeniu, też było, ale później. Na ostro, oczywiście.



 

Zdarzyło się żadne z tych lub nie zdarzyły się wszystkie. Albo na odwrót. Wybór należy do ciebie. Żaden nie będzie poprawny, każdy będzie dobry.


17:43, stanwewnetrzny
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 grudnia 2011
Marilyn Kielbasa

 

Bóg wie że życie bywa ciężkie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 01 grudnia 2011
Kultura w listopadzie 2011

Filmy:

Le Temps Qui Reste
Uwikłanie
Trzech kumpli
Bon Appetit
The Men Who Stare at Goats
3 dni wolności
Seryjni mordercy (ileś tam odcinków)
Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz
Bad Boys Cela 425
Biała wstążka
Spadkobiercy cara
Violent cop
Chwilami życie bywa znośne
Rosyjskie Monopoly
Minna-yatteruka!
Królowa słońca
X-Files: I want to believe
Człowiek który wywołał burzę
Planeta Kirsan
Kon-Tiki
Czerwona chusteczka


Książki:

Salmonowicz, Szwaja, Waltoś - Pitaval Krakowski
Stone - Wewnętrzny krytyk
Szymborska - Wiersze


Koncerty:

Cantigas de Santa Maria
Tymon Tymański solo

Wystawy:

Beksiński


Teatr:

Kuracja (TTV)
Brzozowski. Wstęp wolny. (Płomienie)


 



środa, 30 listopada 2011
Aroma recorder

Można zrobić zdjęcie, można nagrać dźwięk. Można nawet nakręcić film gdy chce się coś zachować, by później móc do tego wrócić. Szkoda że nie można zarejestrować zapachu. Taki aroma recorder przydałby mi się, och jak bardzo. Mógłbym sobie później odtwarzać zapachy przez odpowiednie urządzenia, przez jakiś odpowiednik słuchawek.

Tak sobie myślałem bo spóźniła się i usiadła przede mną Kobieta Która Pachniała. Nie zorientowałbym się, gdyby nie zaczęła odgarniać włosów. Zapach doleciał do mojego rzędu, uderzył mnie w nos, uderzył w jakieś receptory, w jakieś neurony, w jakieś najgłębsze ośrodki czegoś tam w mojej głowie. Myślałem że spadnę z fotela. Udawało mi się jakoś utrzymać skupienie na filmie ale co rusz z pozycji wyprostowanej przechylałem się ku przodowi, dzięki czemu miałem nos tuż nad jej głową. Zaciągałem się, inhalowałem ten cudowny zestaw feromonów pomieszany z zapachem szamponu, delikatnych perfum i czegoś nieopisywalnego, co łaskotało mnie w środku i odurzało. Myślałem wtedy że jednak jesteśmy zwierzętami. I strasznie żałowałem że nie ma takiego rejestratora.

The end. Poszły napisy, zapalono światła. Zwlekałem z założeniem kurtki, chciałem zobaczyć jak wygląda (zapach do wyglądu przecież w ogóle ma się nijak, co można wnieść o wyglądzie z zapachu, blond koloru włosów i prostej fryzury przed ramiona). Zaskoczyła mnie, nie była śliczna. Była po prostu ładna, ale w inny sposób niż mogłem się spodziewać. Pomyślałem że nie w moim typie ale po chwili zaczęła mi się podobać.

Kobieto, przecież mogłabyś nic nie robić tylko pachnieć. Pewnie nie zdawała sobie sprawy, jak działa jej zapach - a może działa tylko na mnie? A ja mógłbym nic nie robić tylko wciągać taką kobietę jak kokainę, jak opium, jak zapach świeżo zmielonej kawy.

Ale ona nic o tym nie wiedziała. Znikła między drzewami Pól Mokotowskich, zapach włosów chowając pod czapką i kapturem.

 

 

wtorek, 29 listopada 2011
Wreszcie mróz

Nie spodziewałem się, że tak mnie ucieszy. Wciągam głęboko w płuca. Jest w nim coś czystego czy może - oczyszczającego. I ten zapach zimy.

Patrzę w dół: trawa ścięta szronem. Na przystanku liść lśniący kryształkami, które go przemieniają, dodając jakiejś szlachetności. Patrzę w górę - niebo jest czyste i widać tylko rogalik księżyca tuż przed pierwszą kwadrą.

Patrzę przed siebie idąc, wchodzę w kłąb pary którą sam przed chwilą wypuściłem. Od mrozu aż ściska w zatokach.

niedziela, 27 listopada 2011
Bitter - bitter

Ugotowałem dziś zupę, zmiksowałem, mam zupę - krem. Zjadłem z kleksem śmietany i grzankami. Wcześniej odgrzałem kolorowe penne z sosem śmietanowo - pieczarkowym, zjadłem do lustra w towarzystwie radia. Wieczorem poszedłem na koncert - sam, i udawałem że mi to nie przeszkadza. Nie za bardzo mi to udawanie wychodziło, więc postanowiłem ukarać się kebabem. Jedząc - i patrząc na swoje odbicie w szybie - usiłowałem nie myśleć że jestem sam, i że jak o tym pomyślę to następną myślą jest sznurek. Nie starałem się zwalczać tej myśli, a tylko nie myśleć o niczym, nie myśleć. Niespiesznie poszedłem do autobusu. Na przystanku tańczyła jakaś dziewczyna, zdaje się że powtarzała kroki salsy. Ja gwizdałem motyw z Bitter Sweet Symphony. Wsiadła do tego samego nocnego. Stała metr obok mnie. Nie nawiązałem kontaktu (prócz incydentalnego wzrokowego) i byłem na siebie zły. Więc kiwając się na poręczy myślałem o pastylkach które łyknę jak wrócę, żeby nie myśleć, żeby spać. Niemożność nawiązania kontaktu. To zdanie chodzi za mną od dawna. Jest moim niechcianym mottem. Przeglądałem ostatnio stare wpisy, są rozpaczliwe, za bardzo rozpaczliwe. Ten wpis też będzie należał do rozpaczliwych. Blog, który trafia do młodzieży. Pewnie takiej bardziej emo, bardziej z problemami. To żałosne. A ja z tą młodzieżą nie umiem się kontaktować inaczej niż przez bloga (zresztą nie chcę), nawet w autobusie. Z nikim nie umiem nawiązać kontaktu, nikim nowym. A ludzie wokół mnie, takie mam wrażenie, szybko się zużywają. Ja się też im zużywam. Oho, pastylki zaczynają działać. To już nie napiszę tu żadnych brzydkich słów pod niczyim adresem. Zanucę je na dobranoc. Sobie.


czwartek, 24 listopada 2011
Fałszywe następstwo?

Nowy Świat przy Świętokrzyskiej jest beznadziejnie wąski, w dodatku by przejść od uniwersytetu do ronda z palmą zachodnią stroną, trzeba trzy razy przekraczać jezdnię (zamiast raz). Wszystko przez budowę metra i głupotę robotników. Wystarczyłoby cofnąć wjazd na budowę o dwa, trzy metry i już ciągłość chodzenia zostałaby zachowana. Jako że często tamtędy chodzę (i wolę zachodnią stronę Traktu Królewskiego), nie chce mi się niepotrzebnie stać na światłach i buntuję się przeciwko tej głupocie, łamiąc prawo. Przechodzę od budynku z którego zrzucono fortepian Chopina w stronę budynku w którym mieści się nowy wspaniały ulicą. Łamię znak zakazu, ignoruję tabliczkę przejście drugą stroną ulicy. Zresztą nie tylko ja.

Na przykład wczoraj tak zrobiłem, nie wiedziałem jednak że poustawiali tam dodatkowe barierki, utrudniając szybkie wejście na chodnik. Próbując przeciskać się między nimi, nadziałem się na jakąś wystającą blachę i rozerwałem rękaw kurtki. Zły byłem jak cholera, bo to moja jedyna kurtka, zresztą ciepła i dość dobrze się w niej czuję, choć po czterech latach noszenia jest już mocno zużyta. Zamierzałem jednak przechodzić w niej tę zimę a z rozerwanym rękawem staje to pod znakiem zapytania.

Najpierw pomyślałem sobie - no głupota, nie musiałem tamtędy chodzić. Druga myśl - mam za swoje. Trzecia - a może to nie zwykłe następstwo zdarzeń, nawet nie przyczynowo - skutkowe ale... Kara? W dodatku zasłużona!

Ale nie, jednak nie, bo przecież żadnej metafizyki nie ma, któż miałby tę karę wymierzać? Najwyżej drogowcy złośliwie postawili tam te żelastwa.

Raz po raz patrząc na rozerwany rękaw szedłem wkurzony w stronę de Gaulle'a i zacząłem się zastanawiać nad tym, że w ogóle tak pomyślałem. Kara. Za przechodzenie w nieodpowiednim miejscu. Za złamanie zakazu. Zdziwiła mnie ta łatwość łączenia wydarzeń i ich następstw z oceną moralną, ba, z jakimś nieokreślonym przyrodniczo - metafizycznym wymiarem sprawiedliwości. Bo przecież często bywa że przechodzisz na czerwonym świetle i zaraz potem ślizgasz i wywracasz się na zamarzniętej kałuży. Albo: nie kasujesz biletu a tego samego dnia kasjerka w sklepie oszukuje cię na kilkanaście złotych. I zupełnie naturalne dla części (większości) ludzi będzie pomyślenie sobie, że to kara.

Chyba że jestem wariatem, solipsystą, i tylko ja tak myślę. I w ogóle nie ma niczego, tylko ja, wszystko zaś inne to projekcja mojego umysłu. Tylko co zrobić z tą dziurą w rękawie, wiejącym zimnem, ostrymi krawędziami blachy trapezowej?

Póki co - reanimowałem moją kurtkę, zaszywając dziurę brązową nitką.