stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
środa, 18 stycznia 2012
Golenie

Myślałem - ostrzygę się, ogolę, spryskam płynem Brut aftershave. Zgolę z siebie tego starego dziada, którym ostatnio jestem. Ostrzygę się do mojego prawdziwego ja, do prawdziwego (młodego) wyglądu. Będę jednocześnie strzygącym Pygmalionem i strzyżoną Galateą. Ostrzygę z siebie tego dziada z pogniecioną twarzą. Obetnę te siwe odrosty. To przecież zawsze działa. Działało.
Tak więc trymer terkoce równo, stara maszynka elektryczna philipsa trochę rzęzi, jednak nadal działa. Patrzę na twarz i głowę swoją najpierw wyrywkowo, starając się widzieć tylko ruch ostrza po skórze, a nie oglądać oczy i swojej twarzy w całości.
Coraz bardziej jednak korci mnie i kusi: zobaczyć tę młodość, która wychynęła. I co to, co widzę? Spod kłaków, kudłów, zarostu, szczeciny wyłania się ktoś znajomy przecież ale jakoś podstarzały. Nie, to niemożliwe. JA jestem niedojrzały, powinienem wyglądać młodo. Tymczasem postarzałem się pod tą brodą zupełnie nie wiadomo kiedy i żadne zabiegi pielęgnacyjne nic tu nie pomogą.
Może za rzadko aplikowałem sobie kosmetyki? Może ten face cleaning gel z dogłębnym peelingowym oczyszczaniem mnie tak załatwił i że żadnych kremów? To ja? To moja twarz?
Nie, znowu ta wielka okrągła gęba na cienkiej szyi, z tym że już bez uroku, bez tej wymalowanej na niej młodości, niedojrzałości. Wiem już: nie będę patrzeć w lustro. Nie będę wychodzić do ludzi. Schowam się. Kupię maskę V jak vendeta i nie dość że zakryję swoją twarz, to jeszcze będę z tych oburzonych.
Bo tutaj nie ma dobrego wyjścia, nie ma wyjścia umiarkowanego i pośrodku. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: być starym, zarośniętym dziadem, czy starym, ogolonym-wystrzyżonym dziadem. Nie ma. Jak się już jest dziadem to koniec, kropka i mogiła.
Nie wiedziałem tylko, że moja twarz przywita mnie w świecie dziadów już dziś, teraz przed chwilą. Nie wiedziałem. Ale na to i tak przecież nie można być przygotowanym.

 

 

wtorek, 17 stycznia 2012
110 zł w Orange

Że ja niby taki sprytny jestem. Że oszczędny taki. Że te 100 złotych z doładowania to 100+10 w gratisie, i że starcza mi na pięć miesięcy, i jeszcze zostaje ze 20zł, które przechodzi na następny okres rozliczeniowy. I zmyślny, bo tanie połączenia, tanie sms-y. Że inni głupi, bo po 25 zł doładowują, wyższe stawki płacą.
Ale ostatnio obejrzałem sobie spis połączeń - prawie do nikogo nie dzwonię, ani nikt do mnie prawie nie dzwoni, nie pisze. Żadnej tam dziewczyny nie mam, ani nawet bliskiej osoby do której bym dzwonił a stan środków z doładowań topniałby jak sople w Zakopanem. Żadnej dziewczyny, żadnego chłopaka, żadnego nikogo. No to nie dziwne, że mi na tyle starcza. Że tak się kumulują te impulsy telefoniczne. Mam też możliwość określenia trzech osób w sieci, żeby do nich za darmo dzwonić przez dwa miesiące, ale z tym też problem. Często nie wpisuję nikogo, nie korzystam z tej opcji. Żeby jakiś wariat chociaż dzwonił, wariatka jakaś nie dawała spokoju, wysyłała smsy bez podpisu. A tu nic. Milczy moja komórka. Nawet grać na niej w nic nie mogę bo ma zainstalowane tylko jakieś triale. Czasem słucham radia, dwójki, co jeszcze bardziej oddala mnie od świata, bo dwójka to ą i ę i szkoła dobrego wychowania i wysmakowania muzycznego.
Mam może dwie - trzy osoby w Playu do których czasem chciałbym zadzwonić ale z kolei - szkoda mi. Bo 80 groszy za minutę, zdziercy! Oligopol i kartel i zmowa operatorów. Czasem dzwonię, ale z komputera, rzadko, przeważnie nie dzwonię, piszę smsy, zwykłe papierowe listy. I dopiero niedawno dotarło do mnie że liczę, liczę te złotówki na koncie, myśląc że jestem taki fajny, a tymczasem po ch.j mi one, nikt nie dzwoni, ja do nikogo, stąd to bogactwo minut. Tymczasem w górach i tak nie ma zasięgu, i nawet nie bardzo mi się chce żeby wtedy ktoś do mnie wydzwaniał.
Ale i tak myślę o zakupie dual-sima (bo taniej), z latarką może. Włożę sobie drugą kartę, na którą też nikt nie będzie dzwonił, tylko ja do Play. Potaniały ostatnio te aparaty.

 

 

23:04, stanwewnetrzny
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Lignator

A dlaczegóż przyśnił mi się dziś akurat Jan Wróbel? Jan Wróbel ze swoim infantylnym głosem, muchą i kamizelką? Czyżby przez powinowactwo ptasiego nazwiska? A może dlatego że widziałem go kiedyś samotnie stojącego w kolejce do kasy kinowej w Lunie? Może wreszcie przez wspólnotę noszonej brody? Ale dlaczego Wróbel Jan mnie podrywał, kupował słodycze i starał się być przymilny (choć przez ten charakterystyczny głosik zawsze brzmi przymilnie)? Oj, dziwnieśmy chyba wyglądali - on mały ja duży. Ale czy w ogóle wyglądaliśmy? Czy koś nas widział? Może w tym śnie był tylko on, ja, i jego mnie podrywanie? I nie było nic innego, żadnego obserwatora, żadnego świadka. Jan Wróbel najwyraźniej był pedałem i chciał, i próbował mnie uwieść. A ja najwyraźniej łasy byłem na te cukierki i słodycze ale przypalajcie mnie żywym ogniem - nie wiem czy uległem. Nie pamiętam po prostu. A może tego tam wcale nie było - rezultatu, efektu. Był sam proces - że Jan Wróbel mnie gejowsko przekupywał.
A, wiem już. Wszystko przez Drwala, którego czytam, który mi się podoba, który jest sugestywny i dawno już nic mi się tak dobrze nie czytało. I oczywiście przejmuję z Drwala całe to gejostwo, całe te uwodzenie lujów (ja luj??), a może wczuwam się za bardzo w narratora, tak za bardzo że mi się śnię ja sam jako Jan Wróbel który mnie (siebie) uwodzi. I dodatkowo przejmuję jeszcze styl, bo łatwo mi przychodzi przejmować w pisaniu czyjś styl, a swoim to może jedynie pracę magisterską lata temu napisałem, poza tym jestem bezstylowy. A może wychodzi ze mnie po prostu wypierane pedalstwo, a może przed tym pedalstwem lęk. I jeszcze się tu tym ekshibicjonistycznie dzielę na blogu.

 

Mychał Wytkowski, Derewal (tak siebie i swoją książkę przedstawiał w radiu przegiętym głosem sam autor)

 

niedziela, 08 stycznia 2012
Czarna magia oraz jak ją zdemaskowano

To się musiało tak skończyć. Zabójstwem przez poderżnięcie gardła przy pomocy nożyka do tapet. Najpierw była kobieta w wieku mojej matki. I zaraz potem drugi trup - młody chłopak. A wszystko w jakimś bloku, na jakimś osiedlu, w kuchni dwupokojowego mieszkania. Ależ się trzymali! Rżnąłem i rżnąłem a głowy cały czas pozostawały na swoim miejscu. To dźgałem. Potem przyszedł ktoś do pomocy. Wynieśliśmy ciała w jakieś suche chaszcze. Wysokie, zdrewniałe, brązowe zarośla zupełnie dobrze ukrywały zwłoki.
To się musiało tak skończyć. Komenda policji, zebranie stażystów. Nowoczesny budynek, oszklony, trzy-czteropiętrowy. Nikt mnie nie słuchał. Właściwie nie było takiej potrzeby bo bałem się odezwać. A przecież fakty mówiły same za siebie: budynek znajdował się w nisko zabudowanej dzielnicy, wśród willi. Przyjechałem tam rowerem, jechałem jakimiś podwórkami, wąskimi przesmykami postmodernistycznie wzorowanymi na sycylijskie. Schodki, kute poręcze, jasny gres, ceramiczne falowane dachówki, łukowato zakończone framugi. Ale wszystko z betonu. Biedne, spłowiałe, zardzewiałe miejscami. To przecież jasne: MAFIA. A zaraz obok stoi komenda. Wiadomo - najciemniej pod latarnią. A może to nie był przypadek tylko jakaś zmowa?
To musiało się tak skończyć. Czytanie przed snem Stulecia detektywów. Oglądanie kryminalnych seriali. Moje sny przez długi czas pozostawały bez związku. Śniły mi się normalnie dziwne rzeczy, jak to we śnie. Aż się dziwiłem. Bo to, co czytam, to rzeczy potworne.
I w końcu wyszło - podrzynanie gardeł, jakieś przestępstwo, współudział - a zaraz, za chwilę coś odwrotnego: aspiracje detektywistyczno-kryminologiczne.
Dziś już nie będę nic czytać przed snem, pooglądam sobie może gołe babki. Tylko dlaczego te gołe babki prawie nigdy mi się nie śnią?

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dehnel w biedrze

Och, warto się czasem pokręcić po mieście, warto iść na zakupy choćby i po kiełbasę, by poetę zobaczyć w Biedronce. Poetę - arbitra stylu i chodzący prawzór zadawania szyku laseczką, poetę który odziany w stylową dzianą marynarkę, z efektownym kaszkietem na głowie kupuje powiedzmy papier toaletowy czy też tanie wino (bo w Biedronce każde wino jest tanie) oraz puszkowane pomidory w sosie własnym.

Tak, czasem warto żyć, by otrzeć się o sławę. D. stojąc w kolejce nie marnował czasu: wyłożywszy zakupy na taśmę, poczytywał jakąś smakowitą lekturę, co rusz przesuwając się w kierunku kasy. Następnie ów poeta-pisarz-malarz szerokim gestem zapłacił banknotem stuzłotowym wyjętym z metalowego pugilaresu czy też puzderka (spodziewałem się że wspaniałomyślnie krzyknie "reszty nie trzeba" - w dodatku przynajmniej amfibrachem ale niestety skrupulatnie schował pieniądze do ekstrawaganckiego portfela). I najzwyczajniej w świecie wyszedł, nawet nie uchyliwszy przed ekspedientką drobnokraciastego kaszkietu.

Biedronka wprawdzie centralna, śródmiejska, można powiedzieć - luksusowa, bo na T., różnych ludzi tam widywałem ale jego nie spodziewałbym się nigdy. Cóż, poeta też przecież jeść musi, choć jak twierdzą niektórzy - właściwie to się z nimi zgadzam - twórca gdy głodny, to płodny. Może więc w trosce o kulturę narodową powinienem był wybiec za nim ze sklepu, wyszarpać tę jednorazową reklamówkę z jego ręki i przemówić do rozumu? Gdyby ktoś jeszcze spotkał D. albo innego twórcę w markecie czy dyskoncie proszę, niech ma to na uwadze.

 

 

niedziela, 01 stycznia 2012
Kultura w grudniu 2011

Była. Jakaś tam. Po roku zawieszam ten comiesięczny kącik samozachwytu; nie będę się już chwalić czego to nie obejrzałem, jakich to książek nie przeczytałem. Zapisywanie miało służyć mojej pamięci, a przerodziło się w jakieś napięcie, że coś muszę, że za mało, że nie tak. Ale czytam i oglądam nadal. I zachęcam wszystkich do kultury. Kto czyta książki, żyje podwójnie, powiedział Eco. Niestety nie dwa razy.

 

 

wtorek, 27 grudnia 2011
Na jednej z dzikich plaż

Nie ma to jak kurorty i miejsca wypoczynku poza sezonem. Zawsze pociągało mnie wybrzeże zimą, zwyczajne życie mieszkańców, jak jadą do pracy, młodzież szkolna do szkół, smażalnie pozamykane, a morze faluje po swojemu, niezależnie od liczby osób na plaży. Zimą morza jeszcze nie widziałem ale postanowiłem się wybrać nad Zegrze.

Ciemno, wietrznie, a ja jadę po trylince autobusem jeszcze miejskim, pojazdem który przecina gęsty mrok i niemiłosiernie trzęsie się na wybojach. Rynia, godzina dwudziesta. Tu nic nie ma. Tutaj do sklepu trzeba dzwonić dzwonkiem, by sprzedawca wyszedł z ciepłego zaplecza. Dzwonię, kupuję papierosy, colę i gumę do żucia. Idę nad wodę. Latarnie nie świecą, bo latarni nie ma. Im bliżej wody, tym bardziej wieje. Jeszcze kilka schodków i czerń wody, dziwnie niezamarzniętej o tej porze roku. Światła drugiego brzegu bardzo odległe. Nad samym zalewem stoją jakieś przyczepy, w środku zapalone światła. Przystań wodna też zamieszkała. Idę dalej, wałem. Ostatnie światła znikają, wiatr cichnie, bo to taka zatoczka, jestem nad Rządza. Mam godzinę do powrotnego autobusu, akurat tyle by wrócić plażą, piaskiem, wśród trzcin. Tam, gdzie latem chodziłem boso i gdzie widziałem nieżywego psa.

Jeszcze dwadzieścia minut. Siadam na zimnym piachu, zdążę zapalić. Dawno temu mój brat mówił że ma takie marzenie - pojechać nad morze na chwilę, wejść na molo i paląc papierosy czuć wolność. Ale jak tu czuć wolność jak wieje, a piach wsypuje się do butów i spodni? Ledwie słyszę pstryknięcie puszki. Cola smakuje tu jak detergent, co innego latem! Wiatr jest uciążliwy bo wieje, ale myślę sobie że w sumie ma w sobie coś wiosennego, ciepłego, ma coś z mazurskiego wiatru we wrześniu. Dopalam papierosa.

Przesiadam się w pięćset cośtam i jadę do centrum. Mam w sobie jakąś potrzebę chodzenia, muszę przetrawić to smoliste Zegrze, tę wycieczkę w pustkę która tylko pogłębia moje dziwactwo. Te wszystkie rzeczy muszę chyba w sobie zagłuszyć miejskim poszumem i widokiem ludzi.


zegrze zalew zegrzyński leżak zima plaża


poniedziałek, 26 grudnia 2011
1620 minut

Niby nie lubię oglądać seriali ale czasem się wciągam, czyli że jestem hipokrytą. Ostatnio obejrzałem wszystkie odcinki Bez tajemnic i cały drugi sezon Gliny (zorientowani wiedzą co je łączy). Policzyłem ile czasu mi to zajęło (45 odcinków po 23 minuty + 13 odcinków po 45 min.) i wyszło tytułowe 1620 minut, co z kolei daje równe 27 godzin. Przez ten czas można by zrobić wiele pożytecznych rzeczy. Ale ja to wszystko oglądałem głównie z nudów. Głównie, co nie znaczy że tylko. Jak zauważyła moja koleżanka serial daje poczucie sensu życia, jest na co czekać (na następny odcinek, na to jak rozwinie się akcja), poza tym wiąże człowieka z życiem - a w każdym razie odciąga myśli od śmierci. W ogóle zagadnienie "serial a czas" jest warte zbadania. Inaczej ogląda się serial w telewizji, inaczej już gotowy, ciurkiem w internecie. Na pierwszy się czeka, serial w telewizji strukturyzuje czas, towarzyszy widzowi przez jakąś część życia, fabuła jest istotna, ale przecież ważniejsze jest przywiązanie i oczekiwanie. A w serialu oglądanym ciągiem o wiele istotniejsza jest fabuła. Ogląda się go jak dłuugi film kinowy, coś tam zostaje, coś tam wylatuje. I tak aż do następnego sezonu.

Daleki jestem od stwierdzenia, że teraz centrum świata (a przynajmniej kultury) jest w serialach. Że kino przestało już podejmować ważne społecznie, aktualne wątki, że przejęły je seriale. Na to jestem zbyt staromodny - komiksów i gier również nie traktuję jako sztuki. Niemniej wyliczenie tych minut dało mi do myślenia. A do kina i tak chodzę. A procesów dziejowych niestety nie zmienię. Cieszę się jednak że pamiętam czasy, gdy tak nie było. Bo przecież wszystko jest skończone i przemijające. I w ogóle - pogoń za wiatrem. I - tempus fugit, czego żaden serial nie zmieni, bo życie - nie jest nowelą a tym bardziej tołstojowską epopeją, już może bardziej poszukiwaniem straconego czasu, ale to też przecież nie to.


środa, 21 grudnia 2011
Kerf

Mam małą ławeczkę w Carrefourze, opodal fryzjera i grodzi p-poż. To dobre miejsce do obserwacji. Jedząc bułkę, pijąc kefir rozmyślam i patrzę. Przez szybę oglądam kobiety poddające się zabiegom upiększającym. Wpatrzone w lustro, cierpliwie znoszą czesanie, mycie i manikiury, nie widzą porozumiewawczych spojrzeń fryzjerek i kosmetyczek, które doskonale wiedzą, że zarabiają na procesach, których nie da się odwrócić.

Na ławeczce tej siadam zawsze po zakupach, często dzielę ją z Ukrainkami lub staruszkami, którzy zmęczeni przemierzaniem sklepowych odległości odpoczywają, wcale nie spiesząc się do domu. Ja też donikąd się nie spieszę. Przełykam ostatnie kęsy bułki, popijam kefirem (że nikt jeszcze nie wpadł na to by opylać ten zestaw jako narodowy fastfood) i czuję jak rodzą się we mnie krzywe myśli, ta ławeczka jest świadkiem metamorfozy w wariata.

Albo przeciwnie, nie myślę nic. Czuję tylko jak zimny kefir wlewa mi się kremowo do żołądka, to bardzo przyjemne. Potem idę zagrać w totolotka, nigdy jeszcze nic nie wygrałem.

 

 

wtorek, 20 grudnia 2011
Trup

Widziałem dziś trupa na Jagiellońskiej. Leżał owinięty srebrnozłotą folią izolacyjną, tak zwyczajnie. Obok zielonkawy kaszkiet który, wydawało się, że przed chwilą spadł z głowy i potoczył po chodniku. Pogoda była piękna, wyżowa, energicznie świeciło słońce. I w tym trupie nie było nic smutnego, nic przerażającego. Praga, kamienica. Chmury i szron na trawie. A w bramie kamienicy stali grupką sąsiedzi, komentowali to co się stało. Może jego najbliżsi, może znali go od półwiecza. Ostatnio rzadko myślę o śmierci, takiej ze starości, z choroby, z zaskoczenia. Wiem, że taka jest kolej rzeczy, ale chyba jednak czuję sprzeciw, wypieram taką śmierć, której nie mogę zadać sobie sam. Trup leżał na chodniku. Nikt nie podniósł odwróconego do góry denkiem kaszkietu, nikt go już nie włoży.

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34