stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
środa, 28 września 2011
Jezu, jak się cieszę...

...że nie wygrałem tych 50 baniek. Co ja bym zrobił z tymi pieniędzmi? Na pewno zaczęłaby mnie ścigać mafia i tylko marzyłbym o tym spokoju, który miałem kiedyś. Ludzie zaczęliby ode mnie chcieć kasy albo dóbr, a niemożliwe byłoby sprawiedliwe obdzielenie każdego. Wszystko mógłbym sobie kupić i wszędzie pojechać, żadnych marzeń, żadnego celu w życiu. Tylko problemy. Tych mieszkań, w których ulokowałbym pieniądze trzeba byłoby doglądać, sprawdzać stan konta, pilnować lokat i inwestycji. Poza tym odróżniać, którzy ludzie mnie lubią bo mnie lubią, a którzy mnie lubią bo mam kasę. Uff, koszmar, po prostu koszmar. Jezu, jak się cieszę, znowu pusta kieszeń, taki wobec mnie jest boży plan.

 


00:29, stanwewnetrzny
Link Komentarze (9) »
niedziela, 25 września 2011
Pełna krew

Na wyścigach się bywa. To jedno z niewielu miejsc, w których tak po staroświecku się po prostu - bywa. Panie w kapeluszach, panowie w kaszkietach, młodzi, starzy, dziadki - najwierniejsi gracze. Atmosfera elegancka i wytworna, mimo że ludzie są zewsząd, a przekrój bardzo szeroki. Zaś konie są piękne, po prostu. Zaczarowały mnie. Ze stroju rowerzysty szybko przedzierzgam się w quasi-elegancki, zakładam ciemne okulary czarny szal i chłonę wszystko, i sycę się piękną wrześniową pogodą. Zaglądam przez ramię starym wyjadaczom, podsłuchuję stałych bywalców, podglądam grupki młodzieży, dziadków, rozmawiam ze starszymi paniami. Każdy wyścig, w którym obstawiam to emocje. Na którym miejscu dobiegnie mój koń? Rrruszyły, są na zakręcie, 400 m. do celownika., wychodzą na prostą, finiszują! I tak kilka razy.

Ach, jak przyjemnie podzwania w kieszeni 21 zł. wygrane na folblucie Tybecie. Ach jak lekko pedałuje się Dolinką Służewiecką w niskim, wrześniowym słońcu. Sprawy wracają na swoje miejsca, zdrowie powoli też powraca, rower po kwarantannie przestał męczyć i znów sprawia satysfakcję. Przestaje przeszkadzać, że jestem sam. We właściwej perspektywie widzę chore związki i niezdrowe relacje. Uśmiecham się, a mój czarny szalik powiewa poruszany pędem. Widzę przed sobą jego cień. Okulary kadrują rzeczywistość. Co jakiś czas przystaję w słońcu. Rower odstawiam, a twarz kieruję w górę, podwijam rękawy, by łapać promienie większą powierzchnią ciała. Potem znowu jadę, znowu zatrzymuję rower, sycę się ciepłem i światłem. Jest mi dobrze, jestem sam i jest mi dobrze. Nikt mi się nie przygląda, nikt nic ode mnie nie chce. Rzadki stan, gdy czuję się ze sobą tak, jak chciałbym się czuć zawsze. Przestają być ważne nierozważne koleżanki, głupie matki, toksyczni koledzy. Oczywiście do pierwszego telefonu od toksycznej koleżanki, do pierwszego sms-a od matki.

 

 

sobota, 24 września 2011
Aktorskie spojrzenie

Miałem do przemyślenia jedną rzecz, właściwie do obgadania. Wygadania się. Chodziłem więc po mieście, wieczorem, może kogoś spotkam. Nie wiem, czy to że coś mnie gnębi malowało się na twarzy, w każdym razie najpierw zaczęła mi się przyglądać Agnieszka Grochowska. Szła z psem na spacer. Po Powiślu. Nie wiem czy moja mimika (czy raczej jej brak) zainspiruje ją do pracy nad jakąkolwiek rolą. W każdym razie nawiązałem z nią kontakt wzrokowy. Potem spotkałem kumpla, z którym widuję się raz na pół roku mniej więcej, ale zawsze schodzimy na głębokie tematy - może właśnie dlatego. Stoję więc z nim pod Empikiem przy palmie i spowiadam się. Gdzie tu jest Empik, pyta pijany młodzieniec w stroju deskorolkowym, tutaj właśnie - wskazuje ręką Adam. Gadamy, gadamy. Przechodzi Maria Góralczyk i też mi się przygląda. No co, że mam brodę? Że czapkę noszę? Że się garbię? Że jestem brzydki? Przystojny? O co chodzi? Jakaś zmowa. Maria Góralczyk mija mnie i idzie z koleżanką w swoją stronę. Żegnam się z Adamem (który też przecież ma brodę a nikt mu się nie przygląda), idę dalej, na przystanek pod Muzeum. Stoję na przejściu dla pieszych, mam czerwone. Samochody też, przez jakiś czas. W jednym z nich - Danuta Stenka, przygląda się. Nawiązujemy kontakt wzrokowy...

 

środa, 21 września 2011
Fenomenologia miejska

To to wszystko naprawdę istnieje? I chodniki, i autobusy, i ludzie nawet, i pomniki, i palma na rondzie? To istnieje? I hałas miejski, szmer tramwajów, stalowe niebo? Naprawdę to wszystko jest? Dziwne. Bo jak siedzę w domu, to tego nie ma. Są cztery ściany mojego pokoju, jest to co widzę na ekranie komputera, książka którą trzymam w ręku i jej bohaterowie, ewentualnie widok za oknem - a reszta? Kiedyś była, owszem, kiedyś to przecież widziałem, czułem miasto pod stopami, słyszałem śródmiejski hałas i wcale nie miałem poczucia, że gdy się odwrócę to to wszystko zniknie czy też przestanie mi się jawić. Kilka dni spędzonych głównie w domu odrealnia znajome miejsca, nie wiadomo właściwie jaki jest ich ontologiczny status. To, że mam je w pamięci, to za mało, zdecydowanie za mało. Ale przecież wiem, że są, że tam SĄ. Dziwię się jednak swojemu zdziwieniu, gdy widzę je ponownie (mam tak pierwszy raz). Bo czuję, że to nie jest tak, że do nich wracam. Mam nieodparte wrażenie, że jak mnie tam nie było, to ich też nie było. No udowodnijcie, że sprawy mają się inaczej! Uff, zaraz wezmę antybiotyk, temperatura spadnie, węch mi powróci, sprawy się wyprostują, miejsca wrócą na swoje miejsce. Albo i nie.

 

wtorek, 20 września 2011
Informacje zwrotne

Pozytywny feedback jakoś po mnie spływa, a negatywny za bardzo biorę do siebie. I w ostatnich dniach dostałem trochę jednego i drugiego, ale więcej drugiego (a może nie, może tylko więcej go pamiętam).

Dowiedziałem się na przykład, że niektórzy się mnie boją (bo mam srogi wygląd i szorstkość w obyciu), dla innych jestem niepoważny, jeszcze inni twierdzą że mam nerwowe ruchy, dziki wzrok i złość w ciele. Indywidualizmem i asertywnością próbuję zakryć poczucie niskiej wartości, nie chcę rzeczy które chcę, a w ogóle to jestem niebieski ptak. Nie wyłapuję kiedy ktoś żartuje, no i powinienem częściej się uśmiechać.

Z miłych rzeczy: jestem zajebisty, podobno męski - ale bez przesady, niektórzy ludzie chwalą mojego bloga.

Trochę nie wiem, co zrobić z takim feedbackiem. Niby powinienem wziąć go za dobrą monetę, odcedzić co jest nieprawdziwe (nie umiem bo wszystko biorę za bardzo do siebie), co prawdziwe - przyjąć, wyciągnąć wnioski i traktować jako zaczątek zmiany. Pozytywnymi opiniami się pokarmić, nasycić i podbudować, nawet jeśli są nieprawdziwe.

Tymczasem jest tak, że z pozytywne informacje zwrotne po mnie spływają, nie mam z nich żadnej korzyści, a negatywnymi usiłuję wyjaśniać swoje problemy.

A przecież jest jeszcze trzecie wyjście: można mieć to w dupie, gwizdać na to i cześć. Znać swoją wartość i niech gadają, co mi tam. No ale to jest wyjście dla zaawansowanych. To już prędzej dojdę do wyjścia czwartego - przez okno.

 

 

Ki

diabeł

Tagi: filmy kultura
22:39, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 września 2011
Noi Albinoi

Światło jest niebieskie.
Pora dnia nieokreślona.
Prawie nikt nie rzuca cienia.
Z lodowej islandzkiej pustyni wychodzisz na balkon, w oślepiające słońce wrześniowego popołudnia - to właśnie nazywa się kontrastem.

A morał jest taki, że śmierć i kataklizmy przetrwają tylko odmieńcy,
którzy mają nawyk przebywania w piwnicy swojego Id.

Niektóre filmy warto zobaczyć jeszcze raz. Bo tak.


piątek, 16 września 2011
"Stan wewnętrzny" - tego filmu nie wolno oglądać

Dlaczego polskie filmy to jest szarość, źle nagrany dźwięk i ciemny obraz, dlaczego po obejrzeniu polskiego filmu jest mi od razu smutno, rzewnie i źle? Dlaczego w polskich filmach morał jest taki, że wszystkim rządzi Historia, że człowiek ginie pod kołami pociągu bo stan wojenny i przerywa rejs dookoła świata bo stan wojenny (a nie dlatego, że nie uważał albo że załamanie psychiczne). Dlaczego ważne role grają źle ubrani i zaniedbani aktorzy jak na przykład Marian Opania, który przy całej sympatii, jaką do niego żywię jest w wielu filmach z tego okresu po prostu obleśny? Dlaczego Krystyna Janda zawsze gra tak samo, a Janusz Gajos ma bez przerwy tę samą fryzurę, dlaczego? I to wszystko to jeszcze jest jakiś kaprys reżysera, jakaś emanacja jego rzekomego talentu. I nic się w tym względzie do dziś nie zmieniło. Stan wewnętrzny obejrzałem niejako z obowiązku, no bo wiadomo, nomen omen. W tym miesiącu katuję się złymi filmami polskimi, żeby zobaczyć za jak złe rzeczy (scenariusz, reżyseria, zdjęcia) można zapłacić twórcom. Żeby pozbyć się kompleksów. Ale w następnym będę chyba oglądał same zagraniczne, bo na polskich to aż mi się chce... wyjść... z siebie. Kurwa, a jeżeli mój blog jest taki jak ten film? Nomen - omen?

CV

Zamiast konstruować przekonywające CV piszę kolejny nieważny post na blogu. Umiem pisać, ale nie umiem pisać niczego, co przybliża mnie do zarabiania pieniędzy, stałej pracy, pójścia naprzód. Potrafię tylko emanować swoje stany wewnętrzne, tak jakbym składał się tylko z nich. A przecież nie, przecież mam ciało - ręce, nogi, głowę. W głowie może i niepoukładane ale jakieś tam języki, jakieś umiejętności przecież, zainteresowania może i eg(z)otyczne ale chyba mógłbym się komuś do czegoś przydać. To nie, to nie piszę CV a zamiast tego notkę o tym, dlaczego nie piszę. Może to i dobrze, może tylko do tego się nadaję. Trzeba przecież robić to, do czego człowiek się nadaje. Więc nadaję, w wirtualną pustkę.

 

 

11:27, stanwewnetrzny
Link Komentarze (8) »
czwartek, 08 września 2011
Łata

Nikt nie przyszywa łaty z nowego sukna do starego ubrania, bo nowa łata odrywa część starego ubrania i powstaje jeszcze większe rozdarcie.

Ewangelia wg Św. Marka 2, 21.

Cholera, bo ja właśnie tak zrobiłem. Załatałem portki nową łatą (bo niby skąd miałem wziąć starą). Bo mi się podarły w kroku. No to zaszyłem rozdarcie i naszyłem łatę. Cholera. Co teraz, co teraz?

 

 

Tagi: szycie życie
13:05, stanwewnetrzny
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2