stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
niedziela, 29 lipca 2012
Miejskie wycieruchy

A wszystkie emo-pedały będą ofiarami rzezi

Słoń, Reżim krwi, Chore melodie, 2009

Że życie jest gdzie indziej - to konstatacja powszechna. Wynika z niezadowolenia czy też nieumiejętności bycia tu i teraz, ze znanego "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma", z poczucia niższości. Moim lekarstwem na taką konstatację była zawsze ucieczka w góry, w przyrodę, w autostop. Tym razem też tak miało być. Wspólny wyjazd w Beskid, włóczykijstwo, autostop (pierwszy raz z psem). Tymczasem - być może dlatego że pojechaliśmy we dwójkę - miejskie lęki i nasycenie miastem nie dało się wyciszyć ani na chwilę. Owszem przyroda, owszem strumienie, owszem rąbanie drewna i rozmowy z autochtonami ale gdzieś tam na dnie poczucie nieprzynależności do tamtego świata (wiadomo że jako turysta, jako ten obcy ale zawsze). Jest gdzieś ta Polska - pogardliwie numerowana jako B - po prostu inna Polska, inna niż w zasranej Warszawie, która ma w głębokim poważaniu tę Polskę wielkomiejską, najedzoną i śliniącą się do mód zachodnich, przegiętą od hipsterstwa, kapiącą zwyrodnieniem. Dla tamtej Polski, Polska dużych miast (Warszawy zwłaszcza) jest tym, czym dla większości społeczeństwa mniejszości seksualne albo mniejszość Murzyńska. I przykre dość było to przekonanie się, iż należę jednak do Polski Warszawskiej - bo zawsze miałem się za tego spoza, z offu, za głos wykluczonych, za takiego co raczej szałas i piwo pod sklepem w Jaśliskach, niż przebieranki i fircykowanie. A powiedzmy Staszek - pracuje w tartaku, buduje sobie całkiem pokaźną chałupę, jeździ też jako kierowca i słucha hiphopu, głosu Polski Pozamiejskiej. I ma mnie w dupie, bardziej go stać (mentalnie i finansowo) na zabranie nas na stopa, niż jakiegokolwiek przedstawiciela i beneficjenta Polski Warszawskiej. I gdzieś tam, w głębi, przyznaję mu rację, wiem że przy nim jest słuszność, wiem że to jest normalniejsze, choć świadom jestem mieszczańskiej chłopomanii, pędu do parobka, choć z Gombrowicza się broniłem, to powiedzmy Staszkowi jestem w stanie bardziej przyznać racje niż dajmy na to Szczuce lub Biedroniowi. Ale Staszek głosował na Palikota - i tutaj wszystko się miesza, Staszek nie głosował na Pawlaka ani nawet na Jarkacza. W głowie mi się już kręci. Skąd jest Staszek - skoro Palikotowy? Skąd ja jestem - skoro piszę o Staszku. A może mnie nie ma, może puste powietrze wozi Staszek, a w pustym powietrzu rozbrzmiewa hiphop? Oj, niedobrze mi się robi, ręce drętwieją, zimne poty występują. Choroba lokomocyjna. Wysiadam, prawie nie mogę wykrztusić "dziękuję" i rzygam. Wymiotuję tym wszystkim. Wychodzi ze mnie cały ten mętlik, potem uwalam się na trawie, czuję jej zapach, na kolanach wilgoć ziemi. Wiem tylko że to jest prawdziwe, i wymioty i zawroty w głowie też. Co do reszty - sprawa jest dyskusyjna. Nie obchodzi mnie już z jakiej Polski jestem. Ze swojej. Rzygającej.

poniedziałek, 16 lipca 2012
Doppelherz

Cieszę się ostatnio sobą. Często czuję coś w klatce piersiowej, takie rozpieranie, boję się to nazwać szczęściem. Ale jest mi lepiej. Ludzie mówią że dobrze wyglądam. Rzeczywiście, nawet ubieram trochę lepiej. Sylwetka wyprostowana, krok pewniejszy. Powodzenie u kobiet też jakby większe - albo ja bardziej je dostrzegam (jak na ironię powodzenie mam wtedy, kiedy zupełnie go nie potrzebuję). Czuję się pełniej. Nie mam obaw - co ludzie pomyślą. Mogę wyjść na ulicę ubrany elegancko - lub niedbale, w klapkach kubota. Mogę siedzieć z piwem przy kapliczce na jakimś śródmiejskim podwórku i palić papierosy jak menel. Mogę pomalować paznokcie na czerwono albo zrobić sobie zdjęcie w spódnicy. Ot, po prostu dlatego że tak czuję. Bo czuję się zaakceptowany. Wiem, że taka akceptacja to kolos na glinianych nogach. Że to powinno być autonomiczne i wynikać ze środka, ze mnie, z pogodzenia ze sobą. Ale fakt, że tam - po drugiej stronie słuchawki jest ktoś, kto na mnie czeka, że mam się do kogo przytulić, że nie sypiam samotnie - to wszystko mnie wzrusza. Wzrusza i daje siłę. Może nie starczy tego na długo - nie wiem. Wiem że żyje mi się wiele łatwiej.

 

 

czwartek, 05 lipca 2012
Panny z Ludynia

Księdza Suryna zostawiłem przy parującej misie z kapustą i kaszą jaglaną. Ręka z łyżką zawisła mu w pół drogi do ust. Kapłan siedzi w karczmie, zaczynają go dopadać demony - ale na razie: sza! Jest tylko łyżka, jagły i kapusta. Miska i drewniany zapach karczmy. Bezczas zawieszenia.
Ksiądz Suryn siedzi nad kapustą a ja w tym czasie objeżdżam Karkonosze, ale gdzieś tam pamiętam, że zostawiłem go tutaj, nad gorącą strawą. Ja tam - on tu. Ja w ruchu - on w bezruchu (a jednak w ruchu, bo przecież nie naprawdę jest on zawieszony w czasie, tylko w mojej głowie, która - jest głową w podróży). Otwieram Opowiadania zebrane, machina fabulae nabiera rozpędu, tryby zaczynają się kręcić, łyżka trafia do ust, kapłan przełyka obłe jagły. W Ludyniu czekają Suryna stokroć gorsze rzeczy, niźli moje się nad nim znęcanie.
Ten Iwaszkiewicz to jednak potrafił. To są piękne zdania, to jest piękna literatura. To jest sztuka.

J. Iwaszkiewicz, Matka Joanna od Aniołów