stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
czwartek, 21 lipca 2011
Dosłonecznienie

W lipcu mało czytam i oglądam. A jeśli czytam i oglądam, to coraz mniej rzeczy mnie cieszy, wkręca, zaskakuje, daje przyjemność. Kulturę traktuję jak coś, co muszę spożywać - oprócz jedzenia i picia. To jest po prostu moje pożywienie. A że ostatnio jem kebaby i fastfoody, rzadko kiedy gotując, podobnie w lekturach: głównie internet i Polityka. Jeśli idzie o filmy - klipy na yt. Dłuższe - rzadko kiedy daję radę.

Z tym większym zdziwieniem konstatowałem, że wytrzymuję na filmie Lucia y el Sexo (pol. Lucia i seks) dłużej niż pierwszych pięć minut. Nie wyłączam, nie chodzę do łazienki. Nie przysypiam. I to przez dwie godziny!

Ostatnio mam taką zasadę, że nie oglądam filmów dłuższych niż 90 min. Uważam, że okrutne jest trzymanie widza przed ekranem przez 120 czy co gorsza 150 lub 180 minut, że to rozwlekłość i brak reżyserskiego warsztatu (oraz zwykłego szacunku). Potrzebowałem jednak historii, byłem złakniony fabuły.

Film którego plakat przypadkowo zobaczyłem kiedyś na iplexie czy inym kinoplexie okazał się na tyle interesujący i zaskakujący, że aż sam się zdziwiłem. Zdziwiłem się że coś mnie jeszcze może zaskoczyć - i to pozytywnie. Ten film jest trochę dziwny, trochę pseudoartystyczny i pseudoskomplikowany ale jest w nim dużo SŁOŃCA. Zdjęcia są przepalone, krajobrazy morskie i niebieskie, światło wlewa się przez źrenice. Historii nie będę streszczać, historia jest tu tłem dla zdjęć.

Napiszę jeszcze o moim natychmiastowym skojarzeniu z książką Mag (John Fowles), o której też niewiele mogę powiedzieć oprócz tego, że dojmującym wrażeniem, jakie miałem podczas lektury był zalew światła i słońca, morza i niebieskości, właściwie krajobraz dominował nad historią i przez tych 669 stron, w szpitalu, w środku najmroźniejszej zimy od lat, solidnie się opaliłem i doświetliłem.

 

 


wtorek, 19 lipca 2011
Standby on

Przypadkiem spotkana dawna kochanka (bo chyba tak muszę ją nazwać) zbudziła we mnie dawne żądze. I chyba ja w niej też. Była między nami dobra energia, i to pozostało. Dawna kochanka deklaruje że jest szczęśliwa i zakochana ale poczułem drżenie jej ciała, gdyśmy się pocałowali na przywitanie. Poczułem jej włosy na twarzy, moje ciało przypomniało sobie ją i w chwili fizycznego kontaktu odezwało się.

Mamy o czym rozmawiać, każde z nas życzy drugiemu dobrze. W ciałach zostały ślady, jakieś części które do siebie kiedyś pasowały. Wymieniliśmy się spojrzeniami (ona umie patrzeć w oczy), każde pojechało w swoją stronę z nagle uświadomioną funkcją standby.

 

 


Prawie się zakochałem

Bo ja się prawie zakochuję w każdym, kto: nie krzywi się na mój widok, chce ze mną rozmawiać, nie spóźnia się na spotkanie, odpisuje w miarę szybko na smsy i wiadomości, nie wyzywa od chujów.

No i spotkałem w klubie taką dziewczynę, koleżankę głównie z fb, której się trochę bałem. I podszedłem, porozmawiałem. Okazało się że ta jej srogość to trochę maska, że tak naprawdę to sympatyczna kobieta, ciepła, pogodna i przychylna (no a te jej długie nogi też przestały mnie przerażać). Potrafiłem podtrzymać rozmowę. Potem ona zaproponowała, żebyśmy usiedli. Konwersacja trwała nadal, nawet się rozwijała. Zaproponowałem taniec - odmówiła kulturalnie. Nie przejąłem się. Gadaliśmy, a że było głośno, to trzeba było mówić sobie do ucha (więc przy okazji ją powąchałem). Sytuacja rozwijała się obiecująco aż do momentu, kiedy przyszedł jej brat - z którym nie miałem o czym rozmawiać. Po chwili wyszli.

Śniło mi się potem że się z nią całowałem. Odpisała na wiadomość (ale nie wiem czy to mi się śniło czy było naprawdę). W każdym razie czułem się nieodrzucony - najpierw w realu, potem we śnie. To niemało, to wystarczający kapitał, by się zakochać. Prawie.

 

 

 

Tagi: kobiety sny
12:07, stanwewnetrzny
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 lipca 2011
Masza, maszyna

Przerażają mnie maszyny. Nie wszystkie, rzecz jasna, przerażają mnie te maszyny, które nie są mi posłuszne. Posługuję się komputerem, sprzętem agd, rtv, telefonem komórkowym (wprawdzie tylko do dzwonienia i wysyłania wiadomości), bankomatem, rowerem, czasem samochodem. Jeśli działają jak trzeba - wszystko w porządku, ułatwiają życie, skracają wiele czynności, przyspieszają wiele procesów.

Problem zaczyna się, gdy nie robią tego, co zwykle albo w mojej obecności ujawniają braki tudzież niedoskonałość konsrukcji. Ostatnio w carrefourze poszedłem do kasy samoobsługowej. Zawsze to mniejsza kolejka - myślałem. Pech chciał, że oprócz zwykłych produktów z kodem miałem owoce, warzywa i pieczywo. Z pieczywem poradziłem sobie od razu, jednak problem pojawił się przy owocach. Niby były zważone i wycenione ale drukarka źle wydrukowała kod. Skaner nie chciał go czytać. Po pięciu nieskutecznych próbach, zacząłem wpisywać go ręcznie. Od tego rozbolała mnie głowa. Kod cyfrowy też był źle wydrukowany. Zacząłem się pocić. Trzy próby i komunikat: BŁĘDNY KOD. W głowie kręciło mi się coraz bardziej, ludzie w kolejce jakoś dziwnie na mnie patrzyli. Robiło mi się coraz goręcej i coraz obficiej się pociłem. Nagle zrobiło mi się tak słabo, że myślałem iż zemdleję. Szybko spakowałem wszystkie rzeczy z powrotem do koszyka i czym prędzej poszedłem stać w kolejce do normalnej kasy. Z daleka słyszałem głos pracownika nadzorującego kasy samoobsługowe: ale dlaczego pan rezygnuje? Nie chciałem już tego słyszeć. Poniosłem porażkę. I pomyśleć że chciałem się ostatnio zatrudnić w sklepie (wprawdzie z designerskim agd ale też z obsługą kasy). To by była porażka gdybym tam zemdlał za kontuarem, to by była heca! Tak samo jest jak zepsuje się komputer, czy nie umiem naprawić roweru. Najchętniej uciekałbym i to do takiego świata, gdzie jedynym środkiem transportu są nogi, zaś zepsuć się może co najwyżej dach w szałasie.

A kasjerka z profesjonalnym spokojem, nie roniąc ani kropli potu nabiła wszystkie produkty (wklepanie błędnego kodu zajęło jej ok. 30 sekund) i uśmiechając się, grzecznie zapytała czy płacę kartą czy gotówką. Na wszelki wypadek zapłaciłem gotówką, blado uśmiechnąłem się do pani Maszy (tak miała na imię) i kilka przystanków przeszedłem pieszo, żeby w końcu wsiąść do starego Ikarusa, w którym nie ma się co zepsuć.

 

 

 

poniedziałek, 11 lipca 2011
Gejowski sen polonistyczny

F-skiego, profesora, gwiazdę wydziału, herosa romantyzmu, romantyka erotyzmu, uwodziciela i ruchaja spotkałem w autobusie 111. Wracał z Gocławia, od jednej z licznych kochanek. Szrmancko ukłonił się jednej ze współpasażerek ale ta zaraz wysiadła. Przysiadł się więc do mnie (a może to ja do niego się przysiadłem).

Mówię mu dobry wieczór. Odpowiada - dobry wieczór - i milknie. My się znamy? - pyta. Przypominam, że chodziłem do niego na konwersatorium z Norwida. Nie kojarzę pana. W sumie nie dziwne, setki, tysiące polonistów i polonistek in spe przewijają się przez jego zajęcia (i łóżka). Rozmowa jednak się wywiązuje. Gadamy o tym i owym, nagle pyta: a jakiego języka myśmy uczyliśmy was na polonistyce? Chciałem palnąć z chłopska: polskiego! jednak na szczęście zorientowałem się, że to by mnie pogrążyło, skompromitowało, zmniejszyło, i w ogóle uczyniło niegodnym uwagi - i w porę ugryzłem się w język. I mówię: wspaniałego! Takiego, którego już nie ma teraz w dzisiejszych czasach. Rozpromienił się. I dalej mu kadzę, że to było niesamowite doświadczenie, że to była klasa sama w sobie i niepowtarzalna rzecz, unikalna. Obrócił się w moją stronę i głęboko spojrzał w oczy w oczekiwaniu na to co powiem dalej. Po kolejnej minucie tych peanów objął mnie ramieniem, a drugą rękę położył na kolanie. A mi się wtedy przypomniało że ich wykłady naprawdę były niezłe - i dalej gadam że wspaniałe wykłady, język przecudny a wrażenia niezapomniane. Polizał mnie w ucho. A mi coraz więcej się przypominało i coraz więcej mówiłem, a on się coraz bardziej tym moim mówieniem rozochacał i podniecał. W końcu powiedziałem, że na pewno nie ma już takich wykładowców i zaczął całować mnie w usta.

Obudziłem się nagle. Nie byłem spocony. Miałem lekki wzwód. Poszedłem się wysikać i umyłem zęby.

 

 


21:00, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 lipca 2011
Fejsbuk diagnozuje

 

 

fb facebook wydarzenia lubię to wezmę udział niezdecydowany

 

 

... i chyba zasadniczo stąd bierze się duża część moich problemów

 

 

niedziela, 03 lipca 2011
I am you and what I see is me

Echoes Floydów to chyba jedyny utwór, który można włączyć, po dwóch zwrotkach iść na balkon, wypalić ze dwa papierosy, umyć zęby i wrócić na trzecią. Niepowtarzalny utwór.

 

15:33, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 lipca 2011
Kultura w czerwcu 2011

Filmy:

Closer
Ciało Marylin Monroe
Człowiek na linie
Zawód: dżokej
Beats of freedom
Szpieg (1-6)
Brat
Brat 2
Laleczka

Książki:

Hołyst - Suicydologia
Milne - Dwoje ludzi