stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
środa, 29 czerwca 2011
Wybór jest zawsze trudny

Pół godziny stałem przed obrotowym wieszakiem z paskami. Oglądałem różne: brązowe, czarne, zwracałem uwagę na grubość, szerokość i połysk. Wybór padł na czarne. Po jakimś czasie ograniczyłem się do trzech modeli, które różniły się głównie klamrą. Zastanawiałem która będzie lepsza: jedna szybko się wytrze, druga ładna kanciasta ale brzydki kolor, trzecia ładna zaokrąglona ale jakaś nietrwała. I nie mogłem się zdecydować. Pasek i tak będzie do skrócenia, bo jestem szczupły. Większość z nich miała taką śrubkę do odkręcania klamry celem przycięcia bez potrzeby dorabiania dziurek. Ekspedientka niby nic, ale patrzy na mnie dziwnie. W końcu cała sytuacja i moje niezdecydowanie zaczęły mnie irytować. Spociłem się, ale zdecydować nie mogłem. W końcu w desperacji i obawie, że utknę w tym sklepie na dobre albo rozpłaczę się nad tymi paskami, chwyciłem z wieszaka czwarty, z inną, prostokątną klamrą. Zapłaciłem 60 zł. i prawie wybiegłem ze sklepu.

Jakieś pół godziny później wyciągnąłem mój nowy zakup z torby, dokładnie obejrzałem i oczywiście okazało się, że kupiłem jedyny pasek, który nie miał śrubki do skracania (potrzebnej mi, bom szczupły). Fuck!

 

 

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Samobójcy są ZEN

Stwierdzono, że jednostki wykazujące tendencje samobójcze postrzegają czas "wolniej" (czas dłuży im się)1. G. Greaves podkreślił wyróżniającą cechę potencjalnych samobójców, a mianowicie fakt, że żyją oni teraźniejszością i są mniej zorientowani na przyszłość2.

 

To obiecany cytat z mojej lektury na czerwiec (B. Hołyst, Suicydologia, LexisNexis, Warszawa 2002, s. 437).

 

 

1Ch. Neuringer, M. Levenson, Time perception in suicidal individuals, "Journal of Death and Dying" 1972, nr 3, s. 181-186.

2G.Greaves, Temporal orientation in suicidal patients, Perceptual and Motor Skills 1971, nr 3, s.1020.

 

Która wciąż czegoś szuka

- Ja stale czegoś szukam, już nie mogę.

- Szukajcie, a znajdziecie!

- No wiesz? 

- Ale przecież Pan Jezus by nie kłamał!

- Zabraniam ci z tego drwić.

 

Nie znalazła. Pan Jezus nie pomógł. Zresztą po kłótni ze mną istota sprawy przestała być istotna. Środek ciężkości przesunął się z rzeczy na słowa. Z celów na szczegóły.

Jak powiadają - istotą rozwoju jest przecież spór.

 

 


sobota, 25 czerwca 2011
Zbrodnia ikara za 17 zł.

Ukarałem się dziś kebabem (Sahara na Kruczej znakomicie nadaje się do karania jedzeniem), poniżyłem się słodyczami z Biedry, a teraz upokarzam się colą.

Niedrogie to złojenie, a całkiem skuteczne.

 

 

 

piątek, 24 czerwca 2011
Dzień przytulania

Zgadnijcie ile osób mnie dziś przytuliło?

 

 

16:08, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Na Melancholię: aviomarin

Jak ktoś ma chorobę lokomocyjną to niech nie idzie na ten film. Ja mam, poszedłem i w sumie dobrze że chociaż kilka trailerów zdążyłem obejrzeć, bo z filmu zasadniczego wyszedłem po jakimś kwadransie. Ujęcia kręcone niby "z ręki", kamera bez przerwy ostrzyła, ekran miał z 12 m. szerokości a ja siedziałem mniej więcej w ósmym rzędzie na trzynaście możliwych.

Po pierwszej statycznej sekwencji (sceny oniryczne, dwa słońca, dwa księżyce) było już tylko gorzej. Najpierw zakręciło mi się w głowie. Zamknąłem oczy - trochę pomogło. Następnie wystąpiły zimne poty, czułem że jestem cały mokry. Zawroty głowy wróciły ze zdwojoną siłą. Osuwałem się na fotelu. Myślałem że kamera wreszcie złapie ostrość i ktoś ją do cholery ustawi na statywie czy choćby steadycamie, więc czekałem. Nie doczekałem się. Zrobiło mi się niedobrze. Błędnik zwariował. Nie chciałem już szukać foliowej torby, więc po prostu wziąłem plecak, pożegnałem się z kolegą i na miękkich nogach wyszedłem do łazienki.

Pierwszy raz w życiu film podziałał na mnie fizjologicznie. Nigdy nie mogłem się kręcić na karuzeli, a oberki nie sprawiały mi przyjemności. Od czasu szpitala jest z tym jeszcze gorzej. Pierwszy raz wyszedłem z filmu, na który kupiłem bilet. Nie wiem, czy w ogóle nie pierwszy raz wyszedłem z kina, bo przeważnie trudno jest mnie odwieść od wytrwania do końca. A filmów oglądam naprawdę sporo, i to różnych. Może dla tych pierwszych razów było warto?

A sporo sobie po Melancholii obiecywałem. Po pierwsze lubię Kirsten Dunst. Po drugie przeczytałem że film zainspirował psychotrerapeuta Triera, który powiedział mu, iż ludzie depresyjni w obliczu klęsk i niebezpieczeństw zachowują większy spokój (czy może obojętność) niż inni, zdrowi. Po trzecie przeczytałem ostatnio w Suicydologii Hołysta że samobójcy i depresanci mają inną percepcję czasu - czas im nie ucieka, raczej się rozciąga. To też ciekawe (tu dokładny cytat i źródło).

W każdym razie jeśli miewasz zawroty głowy w autobusie, na karuzeli dostajesz mdłości, jeśli obroty w tańcu nie wywołują przyjemności a jedynie chęć udania się do łazienki, jeśli serpentyny górskie kojarzą ci się z foliową torebką, to przed pójściem na ten film skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

 


strzały znikąd kino ekran tytus na dzikim zachodzie papcio chmiel romek atomek western kino ekran panoramiczny

 

Aha, ten wpis jest poniekąd dedykowany blogowi srecenzje, który serdecznie polecam jako odtrutkę na Pietrasików, Torbickich, Sobolewskich, Kłopotowskich oraz wszelką krytykę filmową na forach, filmłebach i innych takich. I w ogóle na wszelką krytykę filmową rozumianą jako wymądrzanie się bo się pozjadało wszystkie rozumy.

 


Narodowe Archiwum Deszczowe

Jeden fotograf postanowił wykonać swój bardzo oryginalny "projekt" "artystyczny" (w nawiązaniu do tych zdjęć) i zaczaiwszy się dziś, w największy deszcz, z aparatem na statywie - za winklem koło empiku na De Gaulle'u - uwalniał migawkę zdalnie - pilotem. Że niby nic. I akurat sfotografował mnie jak szedłem w badziewnej chińskiej, ortalionowej kurtce przeciwdeszczowej, z kapturem spadającym na oczy, w zmoczonych spodniach i z torbą ukrytą pod kurtką. Z ponurą miną w dodatku.

Z początku mnie to wkurzyło ale jeśli to zdjęcie zostanie gdzieś opublikowane jako dokument czasu, to będzie to nawet śmieszne. Taki będzie obraz źle ubranych Warszawiaków płci męskiej. Oczywiście prawdziwy i artystyczny.

 

piątek, 17 czerwca 2011
Peregrinare necesse est, credere non est necesse

 

Czuję w sobie potrzebę ruchu. Celu. Zmierzania dokądś. Nie mam tego na co dzień. Moje życie nie ma celu. Zmierzam donikąd - a właściwie nie zmierzam w ogóle.

O Grabarce usłyszałem już dawno temu: prawosławna Częstochowa. Jako rusofil i niegdysiejszy wielbiciel wschodnich klimatów postanowiłem się tam wybrać. Pomyślałem, że fajnie byłoby tam dotrzeć pieszo, w końcu wybrałem jednak rower.

Bycie w drodze daje złudzenie celu. Zawsze jedziesz w jakimś kierunku. Trudno jechać donikąd. Ponadto nie da się jechać nie przed siebie. Dojadę do Grabarki - pomyślałem. A potem się zobaczy.

Nie liczyłem na nic, ot wycieczka różniąca się tym, że celem było miejsce kultu. Zastanawiałem się nawet, czy to moralne i uczciwe - będąc agnostykiem (a właściwie osobą obojętną religijnie) jechać na pielgrzymkę. Czy coś w tym guście.

Jako agnostyk niczego nie wykluczałem. A nuż Bóg istnieje i objawi mi się na Świętej Górze? A nuż sam fakt pielgrzymowania mnie odmieni? A może obmycie się w wodzie z cudownego źródełka wypłucze ze mnie myśli samobójcze i nada sens?

Nic takiego się nie stało. Jednak nie mogę powiedzieć, by był to czas stracony. Miałem kiedyś zasadę: lepiej jechać, niż nie jechać. I ta zasada nadal się sprawdza.

Cieszyłem się krajobrazem dookoła, męczyłem się, i przeklinałem terkocący błotnik. Wkurzałem się na kierowców, którzy nie zachowywali odstępu. Krzywiłem na smród nawozu świeżo rozrzuconego na polach. Pociłem się i męczyłem. Śpiewałem z nudów na głos. Kąpałem w Bugu. Zakopywałem koła w piasku. Ale NIE MYŚLAŁEM.

O, błogosławione niemyślenie! Niekoncentrowanie się na sobie. Poczucie że zmierza się dokądś, świadomość bycia zdanym na siebie i poradzenia sobie. Tak, to wszystko są protezy, to wszystko jest narkotyk, zagłuszenie. Ale czy nie na tym polega przyjemność?

Nie przeszkadzała mi nawet samotność. Nie potrzebowałem nikogo w sposób tak dramatyczny, jak mi się to często zdarza odczuwać. Czy nie mogłoby tak zostać?

I w ogóle: czy do poczucia tego wszystkiego potrzebny jest wyjazd? W domu, w pracy się nie da? Czy powinienem zapuścić brodę i wyruszyć w świat, bo inaczej zwariuję?

Czy da się nie uciekać i być szczęśliwym?

relacja z wyprawy (klik)

 grabarka góra sycze podlasie prawosławie częstochowa nurzec rower coelho

 

 

 

wtorek, 14 czerwca 2011
Misheard

- Czy jesteś gównem?
- Tak, jestem gównem.
- Ej, czemu tak mówisz, przecież pytałam po prostu czy pracujesz i co chcesz robić w życiu?
- Pytałaś czy jestem gównem, tak usłyszałem - i na to odpowiadam. Jestem.
- Nigdy bym tak nie powiedziała, pytałam CZY PRACUJESZ.
- Ale tak usłyszałem. Nie pracuję, nie mam celów w życiu. A skoro już o tym mowa, skoro już chcesz wiedzieć, to owszem, jestem gównem.
- Jesteś głupi!
- Jestem, w dodatku głuchy. Zadowolona?
- Nie!
- Chciałaś wiedzieć, to masz, wiesz już kim jestem, czym.
- Wiesz co? Ty naprawdę jesteś pojebany.
- Mówiłem przecież.
- Lecz się.
- A ty mów na drugi raz wyraźniej.
- Nie będzie drugiego razu. Naprawdę jesteś gó..., głąbem. Wal się.
- A nie mówiłem?
- Spadaj. Boże, co za gówno.

 


piątek, 03 czerwca 2011
To zasadniczo mnie pociesza

 
1 , 2