stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
wtorek, 22 maja 2012
Obiekt sportowy Boromeusz

To było gdzieś na rogu Okopowej i Powązkowskiej. Cmentarz był cofnięty, odsunięty na zachód, a na jego miejscu stały opuszczone osiedla - slumsy. W ziemnej niecce - stadion sportowy otoczony rachitycznymi trybunami w dawnym stylu. Przy wejściu na obiekt, od strony skrzyżowania, była infrastruktura - piętrowe budynki z odłażącą farbą, coś co było kiedyś szatniami. Porosło już to wszystko grzybem, trawą, szyby powybijane, gdzieniegdzie na otwartej przestrzeni wyrastały drzewa.

Menelia się tam schodziła. Dresiarze, kibole. Podejrzane towarzystwo. Nie wiem czy rozgrywano tam jeszcze jakieś mecze, czy tylko przyłazili tak pokibicować, na sucho. A może na jakieś ustawki albo pić wódkę i zażywać narkotyki.

Wchodziło się do tego interesu przez taką bramkę w ogrodzeniu pomalowanym olejną farbą. Ogrodzenie przypominało trochę kolejowe: trochę grubsza siatka metalowa, ujęta w foremne prostokąty, pomalowana na żółtopomarańczowo. Farba oczywiście odłaziła. Gdzieś obok stał jeszcze przystanek autobusowy starego typu: wygięte grube rury przykryte falistym plastikiem.

Kręcił się tam red. Staszewski. Podobno zbierał materiały do tekstu. Zupełnie nie był zadowolony że musi się tam kręcić, jednak jako reporter miał wprawę i widać było że wiedzę zdobywał skutecznie. Ponieważ lubię takie zapuszczone dziury (oraz chciałem zapytać Staszewskiego czy jeszcze gra w badmintona bo postanowiłem dać mu szansę rewanżu), wszedłem tam i kręciłem się - jakim sposobem nie dali mi po gębie od razu - nie wiem, może dlatego że było jeszcze widno.


Oczywiście że było widać iż nie jestem stamtąd. Za chudy, za wysoki, nie tak ubrany. Spostrzegłem że kilku się na mnie namawia. Podszedłem do Staszewskiego (od czasu ostatniego grania utył, niepodobny był do siebie) zagadałem czy uczęszcza. Uczęszczał, grał jeszcze w badmina, na Natolinie na Mandarynki. Ale nie był skory się ze mną umówić. Zapakował graty do bagażnika, zatrzasnął klapę, odjechał. A ja wróciłem na teren obiektu jeszcze się porozglądać.

Zaroiło się dresiarzami (kibolami). Schodzili się z tych slumsowych bloków. Wszedłem gdzieś wyżej, umiejscowiłem w głowie mur cmentarny (był hen, za boiskiem i trybunami). Cmentarz wyglądał zupełnie po powązkowsku.
Czułem się tam dość dobrze ale jednak osamotniony w swoim niedresiarstwie. Tamtych dwóch co się namawiali - widziałem że nadal mają na mnie oko. Postanowiłem sobie pójść.

Zatrzymali mnie za drzwiami, jeszcze przed furtką.
-Halo, kolego, za pobyt tutaj się płaci. Pobieramy opłaty.
Spociłem się.
-No, dawaj co tam masz, chyba że...
-Co?
-Policzymy ząbki w suwaku w mojej bluzie. Potem ty policzysz w swojej. Jak się pomylisz, to pobierzemy opłatę.
I zaczął liczyć. Widziałem jak liczy, przesuwając palcem. Ząbek po ząbku. A mnie drżały ręce i wiedziałem że swoich ząbków w suwaku w tej sytuacji i stresie się nie doliczę nigdy. Przepadło!
-No, gotowe, licz teraz swoje - rzucił dresiarz WIEDZĄC że nie dam rady w przestrachu się tego doliczyć.
Zacząłem. Od dołu. Raz, dwa, trzy... Cholera, dwa czy trzy? Już na początku się pomyliłem, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Ręce mi się trzęsły, ale liczyłem dalej. Doliczywszy się do dwudziestu wiedziałem już że nic z tego. Dresiarze triumfowali.

Nagle wpadł mi do głowy genialny pomysł. Wiedziałem, ile ząbków jest w suwaku dresiarza. Wiedziałem, że mój jest tylko trochę dłuższy. Gdyby ząbki miały ten sam rozstaw i były umieszczone w takim samym zagęszczeniu, wystarczyłoby porównać suwaki, zobaczyć o ile mój jest dłuższy/krótszy i policzyć jedynie ząbki na tej różnicy w długości! A to już byłbym w stanie zrobić. Postanowiłem zaryzykować. Spytałem czy mogę poprosić na chwilę jego bluzę. Zgodził się, niczego nie podejrzewając. Cholera - moje ząbki były metalowe a jego - plastikowe. -Niedobrze - pomyślałem. Może być różnica w rozstawie. Porównałem suwaki. Ten w jego bluzie okazał się dłuższy, policzyłem więc szybko te ząbki na jego suwaku, zanim zdążył się zorientować co robię i wyrwać mi bluzę. Podałem liczbę. Był w szoku, nie wierzył że mi się udało, przecież to nie było możliwe, zastraszył mnie, ręce mi się trzęsły, to się nie mogło udać. Nie mogłem przecież policzyć ząbków, poza tym to absurdalne, powinienem był od razu się poddać. Nie sprawdził nawet czy liczba którą podałem się zgadza (mogła się nie zgadzać, raczej się nie zgadzała ze względu na inną gęstość ząbków). Drugi łobuz też jakoś zmarkotniał. Puścili mnie przez tą bramkę. Wrócili na obiekt szukać innego frajera, a może potłuc się w jakiejś zadymie.

A ja z jakąś ulgą - bo nie powiem że z lekkością - udałem się ku Rondu Radosława.
Dawno się tak nie stresowałem we śnie, i dawno tyle się nie naliczyłem, nawet w realu.

 


środa, 16 maja 2012
Przeciętność

W marcowej Twórczości w tekście o życiu erotycznym Oscara Wilde'a i o jego nawróceniu na homoseksualizm (bo wcześniej był miłośnikiem kobiet, miał żonę i dzieci) napotkałem interesujące stwierdzenie:

Dramaturg kochał swoich synów ale przy jego rozwichrzonej osobowości, przy niewątpliwym geniuszu nie nadawał się do życia rodzinnego. Brutalna prawda jest taka, że najlepszymi rodzicami są osobniki przeciętne, ani zbytnio mądre, ani głupie, nie mające za wysokich ambicji, zadowolone z szarzyzny życia (s.143)

Początkowo to zdanie mnie urzekło - nie, raczej walnęło w głowę, potem stwierdziłem że taka konstatacja to niezłe alibi dla hulaszczego trybu życia (uzasadnianego rzekomym czy prawdziwym "geniuszem"), i uznałem je za nieprawdziwe. Teraz z kolei wydaje mi się że coś w tym jest, ba, można to rozciągnąć na życie w ogóle - że najlepiej żyje się ludziom przeciętnym, niezbyt myślącym, bez większego wglądu w siebie, biorącym to co jest i zadowolonym z tej jałowej szarości. Zaraz powie ktoś - hola, nie dowartościowuj się, z tego że ci się źle żyje wcale jeszcze nie wynika że jesteś nieprzeciętny, może wydaje ci się jeszcze żeś geniusz! - i będzie miał rację.
Ale tamto stwierdzenie, w jakiś sposób zachowa swoją aproksymacyjną słuszność. Kto powiedział że logika ma być jednowartościowa.

 

 

piątek, 11 maja 2012
Zeszły piątek

Zeszły piątek (w Beskidzie) o wiele był przyjemniejszy niż ten dziś (w szpitalu). Aż trudno sobie wyobrazić że lazłem przez krzaki i potoki a potem łowiłem buta który uciekał z nurtem Jasiołki. Dokładnie tydzień temu, raptem tydzień temu. Trudno to sobie wyobrazić leżąc w łóżku, będąc zredukowanym do kapci i karty gorączkowej.