stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
piątek, 29 maja 2009
Depresja. Jestem w mniejszości.

Zauważyłem że ostatnio z sympatią wypowiadam się o różnych mniejszościach.

Czuję do nich sympatię. I nie chodzi tu o kwestię mojej orientacji (którą zostawiam na boku - bowiem nie ma teraz znaczenia że jestem heteroseksualny, skoro utraciłem chęć wchodzenia w jakiekolwiek związki, a moje libido właściwie nie istnieje).

Ostatnio zastanawiałem się, dlaczego tak chętnie mówię o mniejszościach - np. gejach. Przecież tak naprawdę na ich estetykę, domaganie się równych praw, specyficzne środowisko patrzę niechętnym okiem.

I już wiem, w czym rzecz. Wydaje mi się, że mam z nimi coś wspólnego - ale nie jest to orientacja. Czuję pewną wspólnotę w byciu w mniejszości, byciu mniejszością.

Co to za mniejszość? Trudno mi to zdefiniować. Powiedzmy, że mniejszość depresantów, ludzi smutnych, niedopasowanych, nadwrażliwych, niebieskich ptaków. Z tym, że ta mniejszość nigdy nie będzie walczyć o swoje prawa, bowiem przeważnie nie mamy na to energii, siły i nie widzimy w tym sensu. Ba, nie potrafimy afirmować tego, że jesteśmy tacy, a nie inni. Nie jesteśmy też żadną grupą - owszem widujemy się i poznajemy na terapiach (jeśli są grupowe), przyciągamy się - ale to właściwie wszystko.

Coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że jestem trochę socjopatą, a trochę anarchistą. Jednym słowem, jak śpiewał kiedyś zespół Pustki: nie jestem z wami, jestem sam, w podobnym duchu ujął to Lech Janerka . Nasuwa się zasadnicze pytanie - czy nie godząc się na rozmaite normy i formy współżycia społecznego,  lub może nie mając na nie energii, co powoduje sytuację bycia stale z boku, otóż czy tak da się w ogóle funkcjonować? I jak długo?

Tzw. życie, tzw. rzeczywistość i tzw. społeczeństwo (których, do kurwy nędzy, też jesteśmy częścią) wykluczają nas i obchodzą się z nami okrutnie. Po części zresztą sami się wykluczamy, sami urządzamy czystki w naszych szeregach - popełniając samobójstwa, zamykając się w szpitalach albo własnych umysłach czy emocjach. I tylko czasem wyprodukujemy jakieś arcydzieło albo wykonamy jakiś wspaniały, imponujący gest - który i tak nie ma żadnego znaczenia. 

 

 

 

Tagi: depresja
12:27, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 maja 2009
Spanie w kinie

Zdarza się wam spać w kinie?

Mi bardzo rzadko - nawet na długich i ciężkich filmach. Jestem raczej wytrwałym widzem i dałem radę niejednemu arcydziełu. I właściwie nie wiem czemu kilka razy przysnąłem. Z niewyspania? A zdarzyło mi się to m. in. dzisiaj na Nazarinie Bunuela.

Poprzednio na Cieniach zapomnianych przodków Paradżanowa, Ostrovie Łungina a jeszcze wcześniej na Tronie we krwi Kurosawy.

Ciekawe, czy jestem odosobniony?

 

 

 

Tagi: film
20:22, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
środa, 13 maja 2009
Cokolwiek-kiedykolwiek-skądkolwiek-dokądkolwiek

 

 

 

Chciałbym być tak lotny i uniwersalny.

 

 

 

Tagi: Warszawa
00:19, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 maja 2009
Puszkin i fetyszyzm stóp

 

Późna, zupełnie niefilologiczna, lektura Eugeniusza Oniegina także ma swoje zaskakujące zalety.

Oprócz bowiem niewątpliwych doznań czytelniczych, zachwytów etc., trafiłem na przykład na fragmenty tekstu, które mogą świadczyć - uwaga - o fetyszystycznych upodobaniach Puszkina (dla upartych - narratora).

Przytaczam fragmenty, które dają do myślenia:

 

Młodości, kocham twe szaleńcze

Porywy, gwar i blaski twoje,

I ścisk i pań wymyślne stroje,

Kocham ich nóżki: cóż nie ręczę,

zali znajdziecie w Rosji całej

Choć ze trzy pary zgrabnych nóg.

Ach, długi czas mnie zachwycały

Dwie nóżki... gdybym tylko mógł

Wspomnieć je chłodno! Ale we śnie

Trwożą mi serce tak boleśnie.

 

Klasyczne pars pro toto - dlaczego poeta nie wspomina o włosach, oczach, ustach, postaci zwiewnej - a eksponuje jedynie nóżki? Fetyszyzm polega przecież m. in. na zastępowaniu całej osoby jakimś jej elementem. W tym wypadku - nóżkami. Które nie dają spać.

 

Ach, nóżki, nóżki! Gdzie jesteście?

Gdzie szukać traw pod wami zmiętych?

 

Hoho, panie Puszkin - czyżbyś pan czasem nie chciał być taką trawą zmiętą przez ładną stopę? Fachowo nazywa się to trampling i jest elementem zarówno fetyszyzmu, jak i BDSM.

 

Dawnoż patrzyłem, jak dywany

Nęciły dotyk wasz łaskawy,

Jak cieszył was ich miękki włos?

I czym mi była żądza sławy (...)

 

Tu już poeta zagrał bardzo zmysłowo - dywany nęciły dotyk... Masaż stóp też jest fetyszyzmem.

 

Uwaga, teraz następują fragmenty najostrzejsze:

 

Pamiętam morze w dniu burzliwym:

Fale zrywały się gromadą.

Jak zazdrościłem im szczęśliwym,

Że się do stóp jej czule kładą!

Jak chciałem, w szał ich zapatrzony,

Wraz z pieniącymi się falami

Przypaść do miłych stóp ustami!

 

Tutaj już bez ogródek - nie chodzi ogólnie - o nóżki. Chodzi o stopy, miłe stopy. Forma oczywiście delikatna, wierszowana, subtelna ale treść - oceńcie sami. Narrator chce całować stopy, rwie się do tego, chce być wodą, która omywa stopy obiektu uczuć. Fachowo nazywa się to feetlicking - czyli lizanie stóp. Ewidentnie w grę wchodzi także adoring i worshipping

 

Najlepsze na koniec:

 

Szczęśliwe trzymam w dłoni strzemię

I czuję stopę twą w strzemieniu.

Znów moją myśl oszołomiłaś,

Twa stopa serce uschłe trąca

I zakipiała krew gorąca,

I znów tęsknota, i znów miłość...

 

Piękny obraz, z tym że również zahacza o dominację, zwłaszcza fragment: stopa serce uschłe trąca, i to tak, że krew aż kipi, a podniecenie sięga szczytu. O stosunku podległości (niewolnik, BDSM) świadczy zwrot szczęśliwe strzemię, któremu zapewne narrator zazdrości, i którym pragnąłby być. Jest to oczywisty wątek niewolniczy, po części dotyczy także także upokorzenia. Wiąże się z takimi zjawiskam, jak fantazje związane z butami, pończochami itd. Cała zaś opisywana sytuacja - poety stojącego na ziemi, trzymającego w dłoniach strzemię ze stopą, o ile bohater jest zwrócony przodem do kobiety siedzącej na koniu, stanowi czytelne nawiązanie do upskirtingu i voyeuryzmu.

Dużo, oj dużo jest panów, którzy lubią damskie stopy. W formie ostrzejszej, łagodniejszej, lub też całkiem niewinnej, dotyczącej głównie upodobań estetycznych. Czyżby do tego - coraz szerszego, jak się wydaje - grona należał i wielki Aleksander Siergiejewicz? Pomysł dość śmiały lecz być może wart zbadania.

Puszkinolodzy - do dzieła!

 

Korzystałem z Eugeniusza Oniegina, w przekładzie Adama Ważyka, Ossolineum 1970, str. 22-25 (rozdział I, wersy 365-434). O fetyszyzmie BDSM można przeczytać tu, żenujący zaś słownik znajdziesz tutaj. Naukawo zaś o zjawisku pisze wikipedia

 

 

 

Tagi: książki
11:42, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 maja 2009
Koszmar samoświadomości

W książce Powiedzmy, Gantenbein Maxa Frischa trafiam na następującą myśl, otóż:

Każde samopoznanie, które nie potrafi milczeć, coraz bardziej pomniejsza.

I jest w tym dużo racji. JA widzę w tym słuszność. Bo pewnego dnia uświadamiamy sobie, że nie znaczymy nic, że nasze role społeczne są - właśnie - tylko rolami, które mniej lub bardziej udanie odgrywamy, że gdyby nas ich pozbawić, być może nie zostałoby nic... I zostajemy tacy ogołoceni, biedni, z niczym. Nie jesteśmy na swoim miejscu, zresztą być może wcale nie ma dla nas miejsca, nigdzie.

Z tą samowiedzą mozna postąpić dwojako. Pierwsza możliwość to trwanie dalej na stanowisku, udawanie że się w to wszystko wierzy, cieszenie się szacunkiem, przyjaźniami honorami etc. i jednoczesna dotkliwa wiedza, bolesna świadomość, że nigdy nikt nie dowie się o naszych mękach, że udajemy, że umrzemy, nigdy nie wyjawiając naszej tajemnicy, że dożyjemy naszych dni jako... nie my.

Druga ewentualność to rezygnacja z ról, wyciągnięcie krańcowych konsekwencji z samopoznania, mówienie o sobie. Dużo, coraz więcej. Wówczas jednak narażamy się na śmieszność, na bycie odbieranym jak osoba niespełna rozumu, bo przecież mówiąc o swoim samopoznaniu, obnażamy strach przed owym mówieniem  - a może samopoznaniem - u innych. Wreszcie śmierć bez osiągnięcia niczego (może oprócz tzw. życia w prawdzie).

Żadna z tych ewentualności nie jest przekonująca. Choć ja zbliżam się do tej drugiej. Jest jeszcze trzecia ewentualność, lecz o niej - sza.