stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
O wiosno! kto to widział...

Niby obowiązuje wiosna ale daje przecież przedsmak lata. W promocji, jak w takim kubeczku w supermarkecie, żeby posmakować. Czy może raczej jak w nowym archiwum Polityki - wiadomo już o co chodzi w artykule ale do końca doczytać nie można.
Upał.
Lubię letnie noce.
Puszczam sobie wentylator, wyglądam przez okno i spoglądam na Marsa, którego widać blisko konstelacji Lwa.

Nie wiedzieć czemu do pokoju wpada mi dym o zapachu jakby palonej płyty pilśniowej.
Wiosna, można będzie więcej przebywać na dworze. Palić ogniska. Jeździć na rowerze. Uprawiać seks w parku (co zdarzyło mi się ostatnio).

Nie żebym jakoś się nawrócił na radość życia ale tej wiosny sam się zaskoczyłem. Trafiło mi się kilka przyjemnych rzeczy i potrafiłem za tym pójść.
A przecież wiosna się jeszcze nie skończyła.


23:26, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012
Instytut

Zredukowani do piżam, dresów i szlafroków, w kapciach prowadzą wytarte rozmowy. Kto schudł, kto przytył, kiedy na badanie. Spijają sobie z dzióbków żarty, czasem śmieszne. Tak! Rozładować napięcie. Koniecznie. Z pomocą czegokolwiek: żartu lub tabloidów. Po korytarzu chodząc wte i we wte, nieważne kto w cywilu prezes a kto rolnik.
Wszyscy zrównani szpitalną niemocą, nie-czasem, ciszą nocną, posiłkami. Wszyscy tak samo chrapią, śmierdzą, leżą - ci od wyborczej i tamci od faktu. Napakowani, grubi, chudzi, ładni. Brzydcy i spięci, żonaci i księża. Tak jak w więzieniu albo na koloniach: czas wolny, zajęcia własne, czekanie na wypis (lub wywóz - takich też tu nie brak). Każdy z nadzieją że jednak zdrowieje, w przeciwnym razie nikt by tu nie chorzał.
Ja w korytarzu, tym razem nie na mnie kolej szpitalna, tylko na badania przyszedłem dzisiaj. Daje mi to dystans, opisywanie przychodzi mi łatwiej gdy widzę z zewnątrz. Leżąc - tracę siły, zredukowany do kapci, szlafroka.
..

wtorek, 17 kwietnia 2012
Dymna

Ale ty jesteś jednak przystojny! - mówi mi i zabiera się do całowania. Najpierw niewinne buzi-buzi, ale ja eksperymentalnie wyciągam język, a ona za tym idzie. Jest późny wieczór, ciemno. Stoimy przy barierce na jakiejś willi, w dole jest coś jakby Dolinka Szwajcarska z czerwonymi namiotami dla łyżwiarzy i lodowisko. Lampiony, światełka. Dziewczyna jest podobna do młodej Anny Dymnej (ale takiej, jaką można by sobie wyobrazić po tym jak Dymna wygląda teraz). Ma szeroką twarz na dość cienkiej szyi, trochę kręcone włosy, jest mocno zbudowana. A obok stoi jej chłopak, który chyba nie widzi że się całujemy - albo myśli że to przyjacielskie uściski. I przyjemnie mi się z nią całować, zwłaszcza że jeszcze mi powiedziała żem przystojny ale jednak z duszą na ramieniu (bo chłopak).
Chłopak obejmuje ją ramieniem i wracają do środka, do willi, na jakieś spotkanie ruchu religijnego o charakterze patriotycznym. Ja zostaję i patrzę na łyżwiarzy. Nie wchodzę nie dlatego że nie lubię tego ruchu (jest Boże Narodzenie i śpiewają jakieś nieznane pastorałki) ale dlatego że nikogo nie znam. Mimo że - jak się zdaje - kiedyś byłem jego członkiem.

sobota, 14 kwietnia 2012
Basy i kanciapa Białoszewskiego

E, ale na Starym Dobrym Małżeństwie, to ty basów nie podbijesz, nie ma mowy. A ja kręcę tą gałką i odpowiadam że może i perkusji nie mają ale bas jako instrument jest przecież jest, grał na nim Roman Ziobro. Więc niska częstotliwość być musi. I staram się ją wydobyć z pasma ale wychodzi tylko jakieś słabe prykanie, więc wszyscy w śmiech. A nie mówiłem?
A wszystko to dzieje się w małym pokoiku obitym boazerią, takim stryszku na którym ponoć mieszkał Białoszewski bo wynajmował pisarski pokój w Forcie Sokolnickiego. Wchodziło się tam do góry okrągłym włazem strażackim (drabinkę od tamtej pory zdemontowano). Jak chciałem tam wejść, to akurat z wysoka wychylił się ten pedał objazdowy ze Skaryszaka i zawiedziony orzekł, że nie ma tam co wchodzić, a może i nie wolno. Ale wgramoliłem się. Pedał znikł.
Na górze łóżko, materac, wspomniana boazeria. Wnętrze niewielkie. Pokaźną część zajmował ażurowy regał (coś jak Ivar), zestawiony pod kątem prostym. Na nim książki, resztki płyt winylowych, a cały jeden segment zastawiony przez rozmaity sprzęt audio. Wieże, wzmacniacze, decki, głośniki. Wszystko czarne. To dlatego że on słuchał tak dużo muzyki - myślę. Ale coś podejrzanie mało tych winyli. Domyślam się więc że to jest rozkradane, ale nie z miłości do pisarza i chęci posiadania jakiejś jego rzeczy lecz z wandalizmu, kradziejstwa. Na tym sprzęcie właśnie chciałem podkręcić bas, sprzęt był znakomity. Ale już patrzę że jakaś babka chce wynosić mały keyboardzik. Trzepię ją po łapach i pukam się w czoło, że jak tak można. I zwieszam się koło włazu na rękach z jakiejś belki, chcąc się odprężyć, rozciągnąć i może nabrać muskułów. A za lewą nogę trzyma mnie Filip Taranienko, który nagle pojawił się u dołu, też chyba chcąc tam wejść. Za tę nogę, która jeszcze mnie boli po wczorajszym spacerze.
Rano wstaję, puszczam Stare Dobre Małżeństwo, próbuję wzmocnić basy. Rzeczywiście, nie da się!

wtorek, 10 kwietnia 2012
Psie rytmy

Ten pies wyglądał niemalże jak dziecko
i patrzył na mnie z niby-zrozumieniem,
niby zalotnie i niby-ciekawie,
miał też lekkiego rozbieżnego zeza.
Tęczówka wypełniała niemal całe oko,
źrenica zaś duża prawie jak tęczówka.
I zrozumiałem panie - właścicielki,
użytkowniczki psów (suk) miniaturek.
Pragnące dziecka na swoich kolanach,
łaknące tego spojrzenia półpsiego,
półdziecięcego. I ciepłego ciałka.
Bo pies ten patrzył dzieckiem, zza psich oczu.


piątek, 06 kwietnia 2012
Copulus meus

Krzyżu święty, jadę autobusem, myśląc czy spotkam się dziś z nią czy się nie spotkam, i czy będziemy to robić i jak, jadę ludu mój ludu, autobusem do kościoła ja - agnostyk, tylko dlatego że dziś Wielki Piątek, kulminacja Wielkiego Postu, a ja bardzo lubię te rzewne, te smutne, te piękne śpiewy, których ostatnio słucham tylko na youtube albo w radiu, bo do kościoła przecież nie chodzę. Jadę więc do kościoła autobusem (prawie jak maior autem) myśląc o niej i czując wzwód, i jeszcze pisząc do niej sms-a żeby wiedziała że mnie podnieca, i czując się podwójnie świętokradczo - raz że z takimi myślami, a dwa że nie wierząc - do kościoła jadę na nabożeństwo, płaczcie anieli. Ale tu mi przychodzi w sukurs kulturowy relatywizm, ot taki film na przykład peruwiański Madeinusa, w którym jest mowa o tym że jak Bóg umiera, to hulajdusza, bo skoro umarł, to nie widzi, i w tamtym filmie w ogóle dużo jest fizyczności i cielesności i erotyzmu, by nie powiedzieć kazirodztwa, od piątku do niedzieli grzeszenia. O mój Jezu, jak ty klęczysz, jak klęczał Białoszewski albo przed nim klękali, różni luje, a on latał do tego kościoła bo chyba tak jak ja potrzebował religijności, jakiejś estetyki, choć wcale wierzący nie był. Mironie, ja cię rozumiem. Ja siebie przez ciebie zrozumiałem trochę. Stabat mater dolorosa, iuxta crucem lacrimosa, a ja jadę autobusem bo po prostu mam tę potrzebę pośpiewać sobie, pouczestniczyć w misterium, niech kolana, niech nogi mnie zabolą. I nie muszę się z tego nikomu tłumaczyć, popule meus, lecz zrobię to, zrobię żeby nie było wątpliwości. Na zbawienie duszne. Jako niegdyś gorliwy ateusz i czynny anankastyk, usztywniałem się w niechodzeniu do kościoła - bo skoro się nie wierzy i odrzuca, to trzeba zachować konsekwencję i twarz, i po co chodzić? Zresztą nie miałem takiej potrzeby, raczej miałem potrzebę zrobienia czegoś odwrotnego, w piątek mięsa i dyskotek, w Wielkanoc zrobienia prania. Ale mi odpuściło, nie mam już napięcia wokół nie/chodzenia, i czasem sobie właśnie chodzę, bo mi się chcę, bo czuję potrzebę. O baranku, tak cierpliwy, skoroś doczytał do tego miejsca, czytelniku, to napiszę jeszcze że w ogóle podoba mi się że Wielki Piątek jest tylko raz w roku, to takie niedzisiejsze. Podoba mi się ta przedzieloność, to przyczajone życie, które zaraz wybuchnie w przyrodzie. Podoba mi się że dzisiaj pełnia księżyca, i że te święta są lunarne. Podoba mi się też to moje zmieszanie sacrum z profanum, w autobusie, i podejrzewam że gdybym był wierzący - ba gdybym był na przykład w neokatechumenacie, to wytłumaczyliby mi, że TAK, na tym właśnie polega wiara. Że jesteśmy cieleśni, słabi, grzeszni, ale Jezus za nas cierpiał rany, zbawienie przyszło przez krzyż, a w ogóle to dwudziesty już wiek. Pośpiewawszy, pogniótłszy kolana, poczułem swoje ciało inaczej, uczułem jak to napięcie seksualne schodzi ze mnie, byłem jakoś tym obrzędem wyciszony, samą jego formą nawet. Potrzebowałem tego, dawno nie uczestniczyłem w żadnych obrzędach (nie licząc ostatnio przywitania wiosny). Potrzebowałem tej formy, w treść się za bardzo nie wczuwając. A z dziewczyną się w końcu nie zobaczyłem, umówiłem się na jutro - ale wcale nie wiadomo czy będzie seks. Jezu mój kochany!

 

 

wtorek, 03 kwietnia 2012
Nereusz

Śniło mi się, że miałem chorą nerkę, z guzem czy z czymś. Do wycięcia. Chirurg podczas operacji spytał czy może od razu nie wyciąć obu. Ja byłem nieprzytomny (zresztą w ogóle dziwne że mogłem rozmawiać) więc mało kontaktowałem, pomyliło mi się z wyrostkiem, i powiedziałem żeby wyciął. Obie. A potem chodziłem po korytarzu szpitalnym i doszło do mnie że nie mam ani jednej nerki, i że moje życie już nie będzie takie samo, że mojego życia nie będzie w ogóle. I z początku się przeraziłem ale potem przypomniałem sobie, że i tak za bardzo nie zależy mi na życiu. Więc jako że staram się być konsekwentny w myśleniu, to dalej spałem już spokojniej.

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Na słodkosłono

Czy jak jedziesz z dziewczyną na wycieczkę, powiedzmy że pod miasto, do lasu, i jeśli ona zrobi solidne kanapki a ty - przekąski słodkie w wystarczającej ilości, to można to interpretować, że ona oczekuje od tej relacji solidnych podstaw a ty - głównie przyjemności?
A żeby było jeszcze ciekawiej - ty zjadasz te kanapki (bo dobre i odżywcze), jej zaś smakują twoje słodkości. I czy to oznacza wzajemną akceptację tych oczekiwań, względnie ich przyswojenie/internalizację?