stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
wtorek, 24 marca 2009
Płacz po Beksie

Dzisiejszej nocy słabo spałem. Budziłem się co chwilę, wierciłem w łóżku, bolały mnie plecy. Czyżby dlatego, że wczoraj wieczorem skończyłem lekturę książki "Bex@" ? Jest to korespondencja mailowa pretensjonalnej dość dziennikarki prasy kolorowej o równie pretensjonalnym nazwisku ze Zdzisławem Beksińskim.

I chociaż tytuł także brzmi pretensjonalnie bo kojarzy się z jakąś "S@motnością w sieci" czy czymś jeszcze gorszym, to jest wzięty z rzeczywistości. Beksiński miał po prostu taki adres mailowy (bex@acn.waw.pl). Muszę przyznać, że nie jestem wielkim znawcą malarstwa w ogóle ani też twórczości Beksińskiego w szczególności, choć te jego rzeczy które widziałem były dość przejmujące. Swego czasu obejrzałem kilka filmów dokumentalnych o rodzinie malarza, nakręconych częściowo przed, częściowo po śmierci Tomasza. I była w tym jakaś niesamowitość, i była w tym jakaś tajemnica. 

Bo w Beksińskim była tajemnica. Trochę bardziej, niż w przeciętnym człowieku. To był człowiek gotowy, wiedzący czego chce, mający swoje preferencje (od estetycznych przez intelektualne, religijne, po seksualne). Z listów wyłania się erudyta, osoba skromna, zdystansowana do siebie, świetnie pisząca, która pomimo wieku (miał 75 lat) była na bieżąco z techniką i światem cyfrowym. Solipsysta. Radził sobie świetnie pomimo rodzinnego osamotnienia i zbliżającej się śmierci.

Właśnie. To, co najbardziej mnie w tej książce uderzyło to śmierć. Śmierć, która przybliża się z każdym mailem. Wymiana wiadomości, luźne wynurzenia, sprawy bieżące i przeszłe o których Beksiński pisał stają się mimowolnie jego testamentem. I ten głupi, idiotyczny kres. Ostatniego maila malarz wysłał 21 lutego 2005, w dniu swojej śmierci. Maila, który - gdyby nie morderstwo - mógłby być po prostu kolejną wiadomością. Maila, który w żaden sposób niczego nie zapowiadał. Ot tak. Życie przerwane w pół słowa.

21 lutego br. minęły 4 lata od śmierci Zdzisława Beksińskiego.

 

 

Tagi: książki
18:21, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 marca 2009
Dobra 33 i koniec.

Warszawa nie pości. Inaczej, niż w Lublinie (gdzie byłem tydzień temu), w stolicy w klubach tłumy.

W sobotni wieczór wybrałem się potańczyć. Jako że swoją spóźnioną przygodę z nocnym trybem życia zacząłem kiedyś w prawie rok temu zamkniętej Aurorze, a też i dlatego, że - jak wieść gminna niesie - zagłębie to za czas jakiś przestanie istnieć, wiedziony sentymentem poszedłem do Jadłodajni Filozoficznej.

Wysiadłszy z autobusu na wiadukcie Mostu Poniatowskiego, zszedłem po reprezentacyjnych (w zamierzeniu) lecz zasikanych (faktycznie) schodach, a schodząc pomyślałem sobie że może to mój ostatni raz. Tym większą uwagę zwróciłem na znaną trasę, przemierzaną nieskończoną ilość razy - czyli Solec-Dobra.

Przypominałem sobie nocne powroty: chlubne (na dwóch nogach) i mniej chlubne (na czterech). Myślałem o osobach, z którymi wracałem lub szedłem na Dobrą, o Meli, Magdzie, Syl. Ech... Wspominałem jednorazowy performans, kiedy z kolegą Radkiem, gdzieś o drugiej w nocy, zadzwoniliśmy do losowo wybranych mieszkań, korzystając z wszystkich narzucających się domofonów po nieparzystej stronie ulicy.

Zanurzony we wspomnieniach ale i otwarty na Nowe, dotarłem do znanej bramy. Podwórko na Dobrej 33 niby takie samo, a jednak... Wielka kałuża przed wejściem do ś.p. Aurory, w tej kałuży stoi burgerowóz, nie wiedzieć czemu nieczynny. No i sam, smutny jak cholera, ciemny budynek byłego klubu, w którym w końcu zostawiłem w swoim czasie trochę gotówki w barze i niemało wylałem potu na parkiecie. Gdzie jesteście dawne czasy?

I niby wszystko jak dawniej - w Diunie kameralnie, drogo i bananowo a w Jadłodajni te same spasione i okrągłe gęby ochroniarzy, ale coś nie gra, to już nie to samo. Lecz o co chodzi, o co? Oddawszy kurtkę w przydrogiej (2 zł) szatni, przeciskam się przez tłum ludzi w kierunku parkietu i zaczynam się czuć staro. Aha, myślę sobie, mam 26 lat i czuję się staro. Coś tu nie gra. Ale rzut oka na kilka losowo wybranych twarzy uwierdza mnie w przekonaniu, że jednak moje samopoczucie nie jest nieuzasadnione. Oto emoludki oraz bardziej lub mniej wylansowani studenci nauk humanistycznych o aparycji licealnej podskakują i piją piwo Żywe w takt oldschoolowych (dla nich) przebojów 2 Unlimited i Mo-Do. Za konsoletą szaleją chudzi DJ-e, mający nie więcej niż 21 lat. Obfotografowuje ich jakiś znajomy, bodajże w wieku gimnazjalnym. Drinki dla znajomych zanosi koleżanka - słowo daję że ma 16 lat. W części z kominkiem nie można palić. Stoję więc i patrzę na zatłoczony parkiet. I nawet nie chce mi się tam schodzić, w końcu jestem stary. O czym miałbym rozmawiać z dwudziestolatką - zakładając oczywiście, że zwróciłaby na mnie uwagę? Nie byłem w gimnazjum i załapałem się jeszcze na stary, papierowy dowód osobisty, więc jestem z zupełnie innej epoki. Nie mam rogowych okularów, nie słucham indie rocka, nie utożsamiam się z Krytyką Polityczną i uważam że stosunek seksualny istnieje.

Tańczą też jakoś zupełnie inaczej. Młodzi, nieobciążeni, podbiją świat. Nigdy nie słuchali Kaczmarskiego. Przeboje okresu mojej adolescencji są dla nich oldschoolowe. Tańczą inaczej, bawią się, nie mają wątpliwości, za chwilę zaczną budować ścieżkę kariery - albo już to robią.

Wszystko to przebiega mi przez głowę, robi mi się duszno, idę do szatni. Stoi tam pokaźny ogonek. Czekają na wolne wieszaki - ho ho ho, takie tłumy że wieszaków już nie ma - myślę sobie. I nagle gwóźdź do mojej trumny: jedna dziewczyna (19 lat) z ogonka mówi do kolesia z szatni "TEN PAN ZARAZ BĘDZIE ODBIERAŁ KURTKĘ".

Tak, po chwili p a n  R. odebrał kurtkę.

A panu R. odebrano młodość.

 

16:24, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 marca 2009
Życie kiepskiej jakości - czy warto?

Głównym czynnikiem powodującym zgon jest zamknięcie przepływu krwi do mózgu wskutek ucisku na tętnice szyjne. Do zaciśnięcia tętnic szyjnych wystarczy ciężar około 4 kg. Ciężar głowy to około 4,5 - 5,5 kg. W zupełności wystarcza on do zamknięcia tętnic szyjnych. Dlatego tak łatwo można powiesić się również siedząc, klęcząc lub leżąc na podłodze [mor(t)e?].

 

 

A ja i tak nie mam odwagi (na razie).

 

 

piątek, 06 marca 2009
SMS od przyjaciela

Jesteś jak we mgle.

Wydaje Ci się, że błądzisz, ale nie błądzisz a szukasz.

Może znajdziesz. Są szanse.

Jesteś jak odkrywca nowych lądów.

Jeśli przeżyjesz, to możesz coś odkryć.

Ale tego nie da się zaplanować albo przewidzieć, bo przeżyjesz coś nowego.

Jesteś między śmiertelnym zagrożeniem a Nowym. Ryzykujesz życie.

Przed Tobą wielkie nie wiadomo co.

Twoje nie wiadomo co.

 

wtorek, 03 marca 2009
Dla treningu palców, przeciw lenistwu.

  Na pewno wypadałoby się jakoś wytłumaczyć, uzasadnić założenie bloga. Otóż piszę dla siebie. Nie mam pojęcia, do czego zaprowadzi mnie to pisanie. Nie wiem, czy za dwa dni nie zrezygnuję. Nie wiem czy za miesiąc będę jeszcze na tym świecie. Ku treningowi palców, przeciw lenistwu. W imię egoizmu i ekshibicjonizmu emocjonalnego.

  O czym będzie ten blog? Będę pisał głównie o sobie. Ściślej: zamiast (lub oprócz) dręczenia się myślami, postaram się je spisywać.

  Teraz jeszcze pozostaje wybrać czcionkę, układ tekstu, szablon i inne sprawy organizacyjne. (Cholera, już dwudziesty raz zastanawiam się czy lepsza będzie Georgia 12 - ładniejsza ale mało czytelna w nagromadzeniu tekstu, czy może Times New Roman 12 - czytelniejsza ale zupełnie nieoryginalna , może więc pozostanę przy eleganckiej Verdanie 10, mimo że nie przepadam za krojami bezszeryfowymi).   

  Zresztą, po co ja tu cokolwiek uzasadniam, skoro i tak nikt tego nie przeczyta.

16:40, stanwewnetrzny
Link Komentarze (6) »