stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
wtorek, 27 grudnia 2011
Na jednej z dzikich plaż

Nie ma to jak kurorty i miejsca wypoczynku poza sezonem. Zawsze pociągało mnie wybrzeże zimą, zwyczajne życie mieszkańców, jak jadą do pracy, młodzież szkolna do szkół, smażalnie pozamykane, a morze faluje po swojemu, niezależnie od liczby osób na plaży. Zimą morza jeszcze nie widziałem ale postanowiłem się wybrać nad Zegrze.

Ciemno, wietrznie, a ja jadę po trylince autobusem jeszcze miejskim, pojazdem który przecina gęsty mrok i niemiłosiernie trzęsie się na wybojach. Rynia, godzina dwudziesta. Tu nic nie ma. Tutaj do sklepu trzeba dzwonić dzwonkiem, by sprzedawca wyszedł z ciepłego zaplecza. Dzwonię, kupuję papierosy, colę i gumę do żucia. Idę nad wodę. Latarnie nie świecą, bo latarni nie ma. Im bliżej wody, tym bardziej wieje. Jeszcze kilka schodków i czerń wody, dziwnie niezamarzniętej o tej porze roku. Światła drugiego brzegu bardzo odległe. Nad samym zalewem stoją jakieś przyczepy, w środku zapalone światła. Przystań wodna też zamieszkała. Idę dalej, wałem. Ostatnie światła znikają, wiatr cichnie, bo to taka zatoczka, jestem nad Rządza. Mam godzinę do powrotnego autobusu, akurat tyle by wrócić plażą, piaskiem, wśród trzcin. Tam, gdzie latem chodziłem boso i gdzie widziałem nieżywego psa.

Jeszcze dwadzieścia minut. Siadam na zimnym piachu, zdążę zapalić. Dawno temu mój brat mówił że ma takie marzenie - pojechać nad morze na chwilę, wejść na molo i paląc papierosy czuć wolność. Ale jak tu czuć wolność jak wieje, a piach wsypuje się do butów i spodni? Ledwie słyszę pstryknięcie puszki. Cola smakuje tu jak detergent, co innego latem! Wiatr jest uciążliwy bo wieje, ale myślę sobie że w sumie ma w sobie coś wiosennego, ciepłego, ma coś z mazurskiego wiatru we wrześniu. Dopalam papierosa.

Przesiadam się w pięćset cośtam i jadę do centrum. Mam w sobie jakąś potrzebę chodzenia, muszę przetrawić to smoliste Zegrze, tę wycieczkę w pustkę która tylko pogłębia moje dziwactwo. Te wszystkie rzeczy muszę chyba w sobie zagłuszyć miejskim poszumem i widokiem ludzi.


zegrze zalew zegrzyński leżak zima plaża


poniedziałek, 26 grudnia 2011
1620 minut

Niby nie lubię oglądać seriali ale czasem się wciągam, czyli że jestem hipokrytą. Ostatnio obejrzałem wszystkie odcinki Bez tajemnic i cały drugi sezon Gliny (zorientowani wiedzą co je łączy). Policzyłem ile czasu mi to zajęło (45 odcinków po 23 minuty + 13 odcinków po 45 min.) i wyszło tytułowe 1620 minut, co z kolei daje równe 27 godzin. Przez ten czas można by zrobić wiele pożytecznych rzeczy. Ale ja to wszystko oglądałem głównie z nudów. Głównie, co nie znaczy że tylko. Jak zauważyła moja koleżanka serial daje poczucie sensu życia, jest na co czekać (na następny odcinek, na to jak rozwinie się akcja), poza tym wiąże człowieka z życiem - a w każdym razie odciąga myśli od śmierci. W ogóle zagadnienie "serial a czas" jest warte zbadania. Inaczej ogląda się serial w telewizji, inaczej już gotowy, ciurkiem w internecie. Na pierwszy się czeka, serial w telewizji strukturyzuje czas, towarzyszy widzowi przez jakąś część życia, fabuła jest istotna, ale przecież ważniejsze jest przywiązanie i oczekiwanie. A w serialu oglądanym ciągiem o wiele istotniejsza jest fabuła. Ogląda się go jak dłuugi film kinowy, coś tam zostaje, coś tam wylatuje. I tak aż do następnego sezonu.

Daleki jestem od stwierdzenia, że teraz centrum świata (a przynajmniej kultury) jest w serialach. Że kino przestało już podejmować ważne społecznie, aktualne wątki, że przejęły je seriale. Na to jestem zbyt staromodny - komiksów i gier również nie traktuję jako sztuki. Niemniej wyliczenie tych minut dało mi do myślenia. A do kina i tak chodzę. A procesów dziejowych niestety nie zmienię. Cieszę się jednak że pamiętam czasy, gdy tak nie było. Bo przecież wszystko jest skończone i przemijające. I w ogóle - pogoń za wiatrem. I - tempus fugit, czego żaden serial nie zmieni, bo życie - nie jest nowelą a tym bardziej tołstojowską epopeją, już może bardziej poszukiwaniem straconego czasu, ale to też przecież nie to.


środa, 21 grudnia 2011
Kerf

Mam małą ławeczkę w Carrefourze, opodal fryzjera i grodzi p-poż. To dobre miejsce do obserwacji. Jedząc bułkę, pijąc kefir rozmyślam i patrzę. Przez szybę oglądam kobiety poddające się zabiegom upiększającym. Wpatrzone w lustro, cierpliwie znoszą czesanie, mycie i manikiury, nie widzą porozumiewawczych spojrzeń fryzjerek i kosmetyczek, które doskonale wiedzą, że zarabiają na procesach, których nie da się odwrócić.

Na ławeczce tej siadam zawsze po zakupach, często dzielę ją z Ukrainkami lub staruszkami, którzy zmęczeni przemierzaniem sklepowych odległości odpoczywają, wcale nie spiesząc się do domu. Ja też donikąd się nie spieszę. Przełykam ostatnie kęsy bułki, popijam kefirem (że nikt jeszcze nie wpadł na to by opylać ten zestaw jako narodowy fastfood) i czuję jak rodzą się we mnie krzywe myśli, ta ławeczka jest świadkiem metamorfozy w wariata.

Albo przeciwnie, nie myślę nic. Czuję tylko jak zimny kefir wlewa mi się kremowo do żołądka, to bardzo przyjemne. Potem idę zagrać w totolotka, nigdy jeszcze nic nie wygrałem.

 

 

wtorek, 20 grudnia 2011
Trup

Widziałem dziś trupa na Jagiellońskiej. Leżał owinięty srebrnozłotą folią izolacyjną, tak zwyczajnie. Obok zielonkawy kaszkiet który, wydawało się, że przed chwilą spadł z głowy i potoczył po chodniku. Pogoda była piękna, wyżowa, energicznie świeciło słońce. I w tym trupie nie było nic smutnego, nic przerażającego. Praga, kamienica. Chmury i szron na trawie. A w bramie kamienicy stali grupką sąsiedzi, komentowali to co się stało. Może jego najbliżsi, może znali go od półwiecza. Ostatnio rzadko myślę o śmierci, takiej ze starości, z choroby, z zaskoczenia. Wiem, że taka jest kolej rzeczy, ale chyba jednak czuję sprzeciw, wypieram taką śmierć, której nie mogę zadać sobie sam. Trup leżał na chodniku. Nikt nie podniósł odwróconego do góry denkiem kaszkietu, nikt go już nie włoży.

 



sobota, 17 grudnia 2011
Głaski

Coraz mniej mam na to siłę. Na poznawanie ludzi tudzież przypadkowe spotykanie dawno nie widzianych znajomych ze studiów, small-talki, domówki, czucie się jak kawał gówna i wymijające odpowiedzi na zwykłe "czym się zajmujesz". - A to jeszcze cię gdzieś zapraszają? - słusznie dziwi się moja koleżanka. Zapraszają, ale niedługo przestaną. Jak jeszcze kilka razy wyjdę po angielsku albo nie przyjdę wcale albo będę siedział jak kołek (czy stał udając że piszę sms-a). Bo na zwykłe imprezy już nie chodzę, próbowałem ale straciłem siłę.

Gdyby to jeszcze była kwestia wyboru - nie chodzę  bo nie interesuje mnie ten rodzaj spędzania czasu (albo nie lubię ludzi albo uważam że w tym czasie można zrobić coś bardziej pożytecznego etc.). A nie: nie chodzę bo się wstydzę. Bo nie umiem przełamać nieśmiałości, poczucia gorszości, przetrzymać przeglądanie się w zwierciadle społecznym.

Uczyli mnie że zgodnie z analizą transakcyjną są cztery ogólne postawy w relacji ja-świat: ja przejawiam bodaj najgorszą: ja nie jestem OK - wy nie jesteście OK. A właściwie to ja jestem na tyle nie OK, że wy mnie nie interesujecie. Jednocześnie bardzo potrzebuję innych, po prostu potrzebuję głasków. Na przykład po to, żeby się nie zafiksować, żeby moje potrzeby społeczne nie uległy deprywacji. Ale nie daję rady ani czerpać przyjemności z obcowania z innymi - zwłaszcza w sytuacjach społecznych, ani też olać tych potrzeb.

Badano mnie kiedyś na okoliczność fobii społecznej - wyszło że nie mam. Więc albo od tamtej pory zwariowałem, albo jestem nieśmiały i powinienem to zaakceptować. Ale relacja ja-ludzie właściwie cały czas się pogarsza. Prócz niezbędnego minimum (matka, czasem brat i jego rodzina, sporadycznie znajomi) nie spotykam się z nikim. Kiedyś mogłem jeszcze myśleć o kobietach, w tym momencie zupełnie to odpada, bo raz że czuję się jak gówno a dwa - nie poznaję nikogo, a już zwłaszcza żadnej kobiety, która by mi się podobała. Owszem, w jakiejś mierze to kwestia moich wyborów: nie pracuję, mieszkam z matką - dobra, dziewczyny w ten sposób nie zdobędę. Ale inni ludzie? Przecież nie wszyscy od razu zakładają że ktoś, kto nie pracuje (i nie chce bądź nie jest w stanie pracować) to osoba zupełnie niewarta uwagi. Może niektórym jest to nawet obojętne.

Nie mam siły. Znowu jakiś żałosny, tkliwy, pseudoanalityczny wpis. Mam zaproszenia na dwie imprezy sylwestrowe. Niestety każde wiąże się z tym, co tu napisałem. Nowi ludzie, rozmowy o niczym. Rozważam totalne odurzenie się medykamentami i przespanie tej strasznej nocy. Tak, to byłaby ucieczka, ale kto powiedział że ucieczka jest gorsza niż męczenie się z ludźmi (bo właściwie w imię czego).

 

Cytat na dziś (2)

Bertillon był młodym człowiekiem o bladej szczupłej twarzy, smutnej i chłodnej, o ruchach powolnych i głosie bez wyrazu. Cierpiał na dolegliwości przewodu pokarmowego, na krwawienie z nosa i straszliwe ataki migreny, a był tak skryty i nieudolny w nawiązywaniu wszelkich kontaktów, że sprawiał wrażenie wręcz odpychające. Jego skrytość szła w parze z nieufnością, sarkazmem, wybuchami wściekłości, nużącą pedanterią oraz brakiem wszelkich odczuć estetycznych. (...) Nawet jeden z jego nielicznych przyjaciół potwierdził potem "jego niewymownie przykry charakter".

Jurgen Thorwald Stulecie detektywów

 


środa, 14 grudnia 2011
Pikieta z drugiej ręki

Święty Boże! Oto spotykam kolegę z liceum, trochę świra, konserwatystę i (jak się okazuje) pedała. Na skwerek - pytam bo jestem domyślny - tak, na skwerek. Oj, mówię ci, w Warszawie jest niedobrze, o wiele gorzej niż w innych miastach. Nawet tutaj jeszcze kilka lat temu to było nie do pomyślenia, za prezydentury Kaczyńskiego, żeby straż miejska biła. A bije, w Skaryszewskim, dlatego tam już nie chodzę. Ale tutaj można spotkać ludzi na poziomie, wiedzących czego chcą. Ale też nie to co kiedyś! A ci w klubach - jeszcze gorzej. Obsługa jest nieprzyjemna. I w ogóle, raz kiedyś byłem dla kogoś za miły, i niestety... Moje życie w ogóle zatrzymało się cztery lata temu, gdy upadł tamten rząd. Naprawdę na nich liczyłem. I muszę ostrzec jednego księdza, który - nie wiem czy z własnej inicjatywy, czy może ktoś go w to wciągnął - jest za intronizacją, bo tą ideę zawłaszczają pewni ludzie. Jacy? No, w skrócie przeciwnicy lustracji. Ja jestem zupełnie przeciwko intronizacji. Co polecam? No, ten skwerek, ludzie bardzo na poziomie, Błota jeszcze. Jedziesz tym 111? Aha, mamy jeszcze chwilę. Zatrzymałem swoje życie na 2007. Ale wielu ludzi mnie od tamtego czasu zawiodło. I cały czas ten Terlikowski i Tekieli w Gazecie Polskiej, ech, mówię ci. A, wsiadasz? To cześć. Idę na ten skwer.

 

 

Rashomoning

1.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Nie chciałem zmywać z siebie ani jej, ani wspomnienia tego razu. Nie chciałem jej z siebie zmywać, bo nie wiedziałem, kiedy następny raz będę z kobietą. Nie wziąłem prysznica. Po wszystkim po prostu zasnęliśmy. Zaprosiła mnie na kolację po kilku miesiącach nie widzenia się. Czy lubię na ostro - pytała w sms-ie. Lubię - odpisałem. Były warzywa, makaron ryżowy i ryżowa wódka w umiarkowanych ilościach. Czułem jeszcze na podniebieniu smak tego wszystkiego i jej smak. Gdy rozstawaliśmy się rano - wyszedłem razem z nią - i kiedy już wsiadła do tramwaju, co jakiś czas podciągałem rękaw kurtki, koszuli, i wąchałem własną skórę na przedramionach, raz nawet polizałem zewnętrzną część dłoni, szukając jej smaku. Kolacja, zaproszenie - czy lubię na ostro. Wszystko wydawało się oczywiste. A może nadinterpretowałem? Jedliśmy w pokoju, na kanapie. Rozmawialiśmy o wszystkim, co się wydarzyło od ostatniego spotkania, jakoś w wakacje. Pokazywała mi zdjęcia, które zrobiła w Mongolii, teksty. Rozmowa trwała kilka godzin i wcale się nie dłużyła. Nic też nie wskazywało na to, że będzie to więcej, niż przyjacielskie spotkanie. Miałem już wychodzić i przytuliłem ją na pożegnanie. Wyczułem jednak, że przedłuża ten uścisk. Czułem zapach jej włosów, który coraz bardziej mnie podniecał. Przytuliłem ją mocniej, a na plecach, pod koszulą wyczułem jej dłoń, która wędrowała w górę. Rozkładamy łóżko - spytała. Po wszystkim zasnęliśmy. A kiedy patrzyłem na tramwaj, który wiózł ją do pracy, pomyślałem, że prysznic wezmę dopiero wieczorem. A w autobusie, zatopiony w myślach i zapachach poczułem w kieszeni wibrację. SMS: dziękuję:) może jakaś repeta?

2.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Nie musiałem. Droga z Muranowa do pętli autobusów nocnych na Centralnym jest wystarczająco długa, by wszystko przemyśleć. Zastanawiałem się co czuję, czy jest mi na przykład przykro. Nie było. Raczej miło po miłym wieczorze. Idąc pomiędzy nieco absurdalnymi ale i odrealnionymi budynkami Muranowa myślałem - to fajnie, że tak się to skończyło. Na pożegnanie uściskaliśmy się i był to jedyny moment w którym mogło się zdecydować, czy przyszedłem tylko na kolację. Właściwie był to jedyny erotyczny moment w trakcie całego spotkania. No, może oprócz jej odsłoniętej stopy z pomalowanymi na czerwono paznokciami, którą miałem ochotę pocałować, lizać, i od której w ogóle miałem chęć zacząć całą konsumpcję. Świadomie czy nie - z tą nagą stopą pokazywała mi swoje zdjęcia z Mongolii i pytała co myślę o tekstach. W ogóle dużo miłych rzeczy mi powiedziała, że umiem słuchać, że można ze mną porozmawiać - takie tam. Stopa jednak mnie kusiła (a może ona kusiła mnie stopą) i kilka razy miałem jej to powiedzieć. No bo przecież kolacja, zaproszenie - ten sms czy lubię na ostro. Wszystko wydawało się oczywiste. A może nadinterpretowałem? Może kolacja znaczyła - posiłek, a na ostro - pytanie o przyprawy. Zjedliśmy w pokoju, na kanapie (bo nie miała stołu), ja w myśli zadawałem sobie te pytania i postanowiłem poczekać co dalej, nie nastawiając się na nic. Zrobiło się późno, uściskaliśmy się i wyszedłem. Przemierzając Muranów, czułem się dobrze sam ze sobą, byłem wręcz zadowolony że "nic" się nie wydarzyło. Czułem się bezpiecznie, było mi przyjemnie że ktoś dla mnie coś przygotował, że spędziłem świetny wieczór w sympatycznym towarzystwie osoby, która mnie rozumie i akceptuje.

3.

Nie chciałem jej z siebie zmywać. Ale zmyłem, potrzebowałem jakiegoś odprężenia, a szum wody zawsze mnie uspokaja. Zasypiając i pachnąc tylko mydłem, wspominałem to, co się działo. Żwawym krokiem, bo zimno: Muranów, Plac Bankowy, Osiedle za Żelazną Bramą, szybki papieros, autobus nocny. W środku mnie też gęsto, dużo emocji, endorfina chyba jeszcze krążyła w żyłach, skóra pamiętała jej dotyk, członek - wydawało się że przed chwilą - był w niej, w jej ciepłym środku. Na pożegnanie całowaliśmy się długo, potem pomachała mi przez okno. Nie mogłem u niej zostać, bo rano miała jakiś wyjazd służbowy, koleżanka miała po nią przyjechać taksówką o piątej, a jeszcze była niespakowana. W sumie zostawiła mi wolny wybór, mogłem zostać, ale wiedziałem że trochę liczy na mój zdrowy rozsądek. Skończyło się tak, jak mogło się skończyć – w łóżku. Ale wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Owszem, kolacja, zaproszenie - ten sms czy lubię na ostro (lubię).Wszystko wydawało się oczywiste, i tym razem było oczywiste także dla mnie, rozczytałem ten nietrudny kod. Czy tego chciałem? Trudno powiedzieć. Przyznaję, liczyłem na to bo dawno z nikim nie byłem. I było ostro, już od samego początku. Ale wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Mogłem nie przynosić kwiatów na jakieś zaległe imieniny – nie rozczuliłaby się wtedy. Mogłem na przykład zignorować ten niby-bałagan w łazience (koszulka, suszący się biustonosz). Ale w imię czego? Oboje tego chcieliśmy, rzuciliśmy się na siebie, spożywając siebie nawzajem na kolację. Wchodząc w nią chciałem krzyczeć, że jest mi jak w siódmym niebie. Całując stopy nie mogłem pohamować westchnień. Gdy usiadła na mnie, uśmiechnąłem się bo bluźnierczo pomyślałem, że lekkie to brzemię (a jarzmo słodkie). A, zapomniałem o jedzeniu, też było, ale później. Na ostro, oczywiście.



 

Zdarzyło się żadne z tych lub nie zdarzyły się wszystkie. Albo na odwrót. Wybór należy do ciebie. Żaden nie będzie poprawny, każdy będzie dobry.


17:43, stanwewnetrzny
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 grudnia 2011
Marilyn Kielbasa

 

Bóg wie że życie bywa ciężkie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 01 grudnia 2011
Kultura w listopadzie 2011

Filmy:

Le Temps Qui Reste
Uwikłanie
Trzech kumpli
Bon Appetit
The Men Who Stare at Goats
3 dni wolności
Seryjni mordercy (ileś tam odcinków)
Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz
Bad Boys Cela 425
Biała wstążka
Spadkobiercy cara
Violent cop
Chwilami życie bywa znośne
Rosyjskie Monopoly
Minna-yatteruka!
Królowa słońca
X-Files: I want to believe
Człowiek który wywołał burzę
Planeta Kirsan
Kon-Tiki
Czerwona chusteczka


Książki:

Salmonowicz, Szwaja, Waltoś - Pitaval Krakowski
Stone - Wewnętrzny krytyk
Szymborska - Wiersze


Koncerty:

Cantigas de Santa Maria
Tymon Tymański solo

Wystawy:

Beksiński


Teatr:

Kuracja (TTV)
Brzozowski. Wstęp wolny. (Płomienie)