stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Fajny gość

Wydaje mi się czasem, że w środku, gdzieś tam w głębi, to całkiem fajny ze mnie człowiek. Jestem  - w sumie - jakiś (choć zawsze bałem się że będę nijaki). I chyba niekiedy ta moja zawartość to jest... właśnie wartość.

Ale tylko czasami tak o sobie myślę. I tylko czasami czuję że to moje dobre, rzeczowe, treściwe, (za)wartościowe ja jest gdzieś w środku i chce wyjść na zewnątrz, i próbuje ale nie może.

Jeśli też tak macie, to życzę aby to co dobre wylazło na wierzch w Nowym Roku. Howgh.




18:08, stanwewnetrzny
Link Komentarze (6) »
środa, 29 grudnia 2010
Fizol

Nie wiem po co to robię, ale montuję ostatnio ekran (taki od pionów z rurami), który został zdewastowany przez robotników w trakcie wymiany pionu gazowego. O ile wcześniej kuchnia wyglądała źle, to po działaniach robotników wygląda fatalnie. A zatem moim celem jest doprowadzić do stanu sprzed ich interwencji, (czyli do "źle").

Nie lubię nic robić w tym domu, niczego związanego z remontami etc. Chyba że już coś odpada, psuje się, nie działa albo grozi spadnięciemm, zawaleniem się, katastrofą. Oddaje to mój stosunek do tego mieszkania. Poza tym czegokolwiek nie robię, jest źle - matce nie podobało się że np. gdy malowałem ściany, musiałem odsunąć meble. I na mnie nakrzyczała. Skoro więc jestem rugany zarówno za robienie, jak i nierobienie, to jasne że nie robię.

Ale teraz robię, bo matka wyjechała, a w międzyczasie zakupiłem materiały, więc żeby się nie zmarnowały, działam.

I - dziwna rzecz - jak tak wiercę, przykrawam, przykręcam, szpachluję, to nie myślę. Nie mam w głowie tego głupiego chaosu. Po prostu robię to co robię, jestem w tym robieniu. Nie żebym dostawał jakiejś ekstazy ale niemyślenie, trochę przestrzeni w głowie - to już jest dużo. Nawet jak krzywo i nieprecyzyjnie kładę gips. Nie jest to żaden zen w ścisłym znaczeniu - ale jest ok.

A wydawało mi się że jestem raczej intelektualistą niż fizolem.

 

 


22:24, stanwewnetrzny
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 grudnia 2010
Kazoo

Bo tak. Bo taki miałem kaprys w Wigilię. Kupić sobie mały instrumencik. Taką trochę zabawkę. Ale nigdzie nie mogłem dostać. Okazuje się że to towar deficytowy! W muzycznym w metrze - brak. Na Imielinie nie ma. Na Placu Konstytucji - wyszły. Na Andersa - nie słyszeli o czymś takim.

Dopiero w Arkadii mieli do wyboru i do koloru. To sobie kupiłem plastikowe, czerwone. Flet rzezańców. Zdążyłem przed zamknięciem. Teraz mam. I nie zawahałem się go użyć! Chodziłem po Arkadii i sobie grałem.

Te poszukiwania zajęły mi całe popołudnie i pozwoliły uniknąć histerii przygotowań wigilijnych: lepienia pierogów, krojenia sałatki. Nie musiałem wąchać gotującej się kapusty. Palcem nie ruszyłem w te Święta. Najchętniej jadłbym żółty ser i zwykły chleb.

 

 


00:46, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010
Zazdrostki

Czyli wieś w mieście. Idea zazdrostek, zrozumiała na wsi, gdzie kiedyś, w parterowych domach wieszano je w oknach, aby ciekawscy sąsiedzi nie zglądali garów kuchennych, w mieście jakby traci sens. Za to jest świetnym wskaźnikiem pochodzenia mieszkańców. Bo kto na szóstym, dziesiątym piętrze (a generalnie powyżej pierwszego) wiesza zazdrostki w kuchennym oknie, ten potwierdza prawdę, że przyzwyczajenia są drugą naturą, zwłaszcza te wyniesione z domu rodzinnego. Śmiesznie wyglądają te niby-firanki na rachitycznej polichlorowinylowej belce, w oknach z plastiku.

To w ogóle jest ciekawy temat na badania etnograficzne i socjologiczne. Na przykład: mieszkam na przeciwko osiedla wojskowych. Takie same bloki jak moje, tylko że zasiedlone niegdyś przez rodziny mundurowe (wojsko i milicję). W co trzecim oknie - zazdrostki. Świadczy to o przekroju społecznym, pochodzeniu mieszkańców, a też i drogach awansu społecznego mieszkańców wsi.

Albo zazdrostki na Saskiej Kępie, dzielnicy inteligencko-artystycznej. Kto ma zazdrostki, raczej nie jest jej rdzennym mieszkańcem.

Ja jestem w ogóle zwolennikiem modelu holenderskiego - czyli braku zasłon/firanek. Mają one dla mnie jedynie funkcję praktyczną - a więc zimą stanowią dodatkową warstwę chroniącą przed chłodem, a latem - przed słońcem.




17:44, stanwewnetrzny
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Kraj Grażyny Torbickiej

Persécution - czyli Cohen i Gainsbourg w jednym grają filmie. Ale nie Leonard Cohen, tylko Gilles i nie Serge Gainsbourg, tylko Charlotte. O samym filmie niewiele mam do napisania, albo go nie zrozumiałem, albo scenariusz nie miał klasycznego rozwiązania - historia po prostu toczyła się bez większych napięć. Ale po bożemu utożsamiłem się z głównym bohaterem (Romain Duris), podobała mi się muzyka, scenografia i tradycyjnie fakt, że byłem w kinie. Bo ja do kina lubię chodzić, lubię te wszystkie kinowe niespodzianki: gdy napisy wyświetlają się odwrotnie, zanika dźwięk albo zrywa celuloid. Uwielbiam świadomość tej (w sumie prostackiej) prostoty z którą światło przechodzi przez taśmę i daje obraz o wielkości np. 11x5m. Tyle o moim prywatnym kocham kino. Wracając do filmu: bardzo interesujący wątek "obcego", dojrzałego mężczyzny który zakochuje się w głównym bohaterze. Mi się skojarzył z opowiadaniem Gombrowicza Tancerz mecenasa Kraykowskiego.

A Charlotte? Moja Charlotte? Kiedyś mi się podobała, najbardziej chyba w Jak we śnie. Moja była dziewczyna twierdziła, że jest do niej podobna - ale to nieprawda. D. była tysiąc razy ładniejsza. Ale i Charlotte ma swój urok. Niestety - nie starzeje się ładnie. Ma dopiero 39 lat ale już to widać.

A do kina chodzić warto: tak czy inaczej. Myślę że niewiele jest krajów, w których tak tanio można chodzić do kina (i to na wartościowe filmy). Bilet do Luny w poniedziałki: 7zł, do Muranowa 11zł, do Iluzjonu: 11 zł. Poza tym liczne festiwale, pokazy, przeglądy - za darmo. Kiedyś kupię sobie projektor.




16:14, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
Blog i ludzie

Odkąd piszę bloga, część moich znajomych rzadziej się do mnie odzywa albo nie odzywa się w ogóle. Być może dlatego, że (mimo iż zastrzegam że częściowo jest to kreacja i fikcja) dotarło do nich, że jestem wariatem, zobaczyli więcej mojego "ja". Albo czują się obsmarowywani.

A być może też dlatego, że wydaje im się że jak czytają bloga to już wszystko wiedzą - co u mnie, jak się czuję, miewam. I nie muszą już dzwonić, pisać, mailować, spotykać się. Tylko że (o ile w ogóle) to działa, to w jedną stronę. Pisząc bloga, tracę ludzi. Nie wiem czy coś zyskuję. Nie wiem więc, czy się opłaca.

Możliwe też że blog niewiele ma z tym wspólnego. Być może po prostu nie potrafię utrzymywać/podtrzymywać relacji z innymi. Chyba że naprawdę się starają (a ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu tacy istnieją).

Puenty nie ma.

 

 


09:41, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
W tyle

Wszyscy moi znajomi: największe wisusy, single, samotni, pedały i zatwardziali kawalerowie są w związkach. Wszystkie moje znajome: singielki, panienki które nie potrzebowały nigdy faceta, spełnione aktywistki są w związkach.

Nawet długotrwale bezrobotni, życiowe ciapy, mieszkający z rodzicami - wszyscy mają już pracę, wyprowadzili się z domów (a jak nie, to wyprowadzili się do psychiatryków albo zaraz to uczynią bo są wariatami).

Wychodzi na to że zostaję w tyle, w dogodnej pozycji obserwacyjnej, która z dnia na dzień staje się wstydliwym miejscem, które zmienia się w norę. Zostaję w tyle pod wszystkimi tymi względami i czuję głupią, idiotyczną gówniarską złość na nich wszystkich. No bo co: trudno mieć komuś za złe że żyje, rozwija się, zakochuje, znajduje pracę, znajduje cel w życiu. W sumie to powinno mnie nawet cieszyć, te ich sukcesy. Na poziomie racjonalnym zupełnie to akceptuję (choć przeważnie oznacza że mają mniej czasu dla mnie). Na poziomie emocji czuję złość, frustrację.

Kolega się żeni. Owszem, nigdy nie narzekał na samotność ani brak powodzenia. Gdy mówiłem mu, że pewnie nie pójdę na ślub/imprezę weselną (bo nie chadzam, z powyższych powodów) Powiedział mi coś, oczywistego, coś z czym trudno się nie zgodzić. Że jak ludzie są sami, to zdarza się że łączą się w pary. A jak są już ze sobą, to też się czasem się zdarza że zechcą to jakoś sformalizować. Tak, zdarza się. Czasem. Często. Przeważnie? Dlaczego zawsze muszę być cholernym wyjątkiem?




21:19, stanwewnetrzny
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 grudnia 2010
Alkohol skleja

To było dziwne: widzieć jak z każdym wypitym piwem, coraz mocniej klei się do mnie. I mieć świadomość, że to tylko działanie alkoholu, że w innym przypadku, bez kleju nie byłoby nawet tego.

Z drugiej strony było to przyjemne, czuć dotyk czyjegoś ciała, czyjegoś chętnego ciała, mimo że przyklejonego alkoholem. Chciałem napisać "perwersyjnie przyjemne", skoro miałem świadomość tego kleju, ale nie: było przyjemne po prostu.




12:57, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 grudnia 2010
Mam najebane

Nie mam siły by cokolwiek zmienić. Nie wierzę w powodzenie moich działań.

Nie wiem czy chcę coś zmienić.

Każda propozycja zmiany wydaje mi się bezsensowna, wydaje mi się że muszę do tego dojść sam.

Męczę się ze sobą. W mojej głowie jest syf.

Mimo że na zewnątrz wydaję się (w miarę) normalny, niektórym nawet poprawiam nastrój. Czasem żartuję, niekiedy mam nawet własne zdanie.


Wydaje mi się że nie zasługuję na nic. Na bliskość, na nic. Dlatego że mam nasrane w głowie.

Nie wiem co chcę robić, zasługuję na karę.

Pogrążam się w nieoczywistym szaleństwie.



Myślę że czytanie tego bloga (i pisanie) nie ma sensu. Musi to być męczące, obserwować jak ktoś się tak wije, kręci w kółko. Z drugiej strony może to dawać perwersyjną przyjemność podglądania. Literacko blog jest coraz słabszy, wiem to, ale mam w dupie. Piszę dla siebie, pluję słowami, wypluwam myśli, taką mam potrzebę.

Hydroxyzyna nie działa. Wziąłem też inny usypiacz, czekam.

Iść jutro na most. Zobaczyć co się stanie. Zaryzykować. Przepaść. Albo przespać dzień, jeśli usypiacze zadziałają. Przećpać.

Wszystko jedno, co bym nie zrobił i tak będzie tak samo.

Nie sądzę by ktoś mi pomógł, zresztą nie umiem prosić o pomoc. Uważam że to poniżej mojej godności.

Mam przecież nasrane, ostrzegałem.




01:12, stanwewnetrzny
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 grudnia 2010
Kokon

Siedzisz sobie w domu i w twojej chorej głowie bzdurają się różne rzeczy. Rozmyślasz o przyszłości, o swoich możliwościach, potencjale. Kobietach, znajomych - których potrzebujesz coraz mniej, bo uważasz że ze sobą czujesz się coraz lepiej. Myślisz jak to będzie fajnie wiosną, gdy pójdziesz na rower, położysz się na trawie. Czujesz że dojrzewasz, że wychodzi z ciebie, rodzi się to coś, dzięki czemu w końcu będziesz mógł się określić, powiedzieć: jestem tym a tym, zajmuję się tym i owym. A jeśli nie, będziesz na tyle silny, że niedookreślenie przestanie ci przeszkadzać. Zaczynasz nawet mieć jakieś plany. Myślisz że studia to może nie tak głupia rzecz. Sądzisz że nie wyglądasz źle, a w relacjach z ludźmi jakoś jednak sobie radzisz. Przychodzi ci do głowy myśl, że to nieprawda, że się nie nadajesz. Że w sumie czemu by na przykład nie zacząć studiować, powiedzmy prawa. A co! Wszystko to jednak nie wychodzi poza obręb twojego mieszkania, pokoju, śpiwora, miejsca pod stołem, tego trochę ponad metra kwadratowego podłogi, gdzie przeważnie się chowasz.

Potem wychodzisz na miasto, do ludzi. Spotykasz kogokolwiek - znajomego albo tylko trochę znajomego. I dostajesz paraliżu. Nie odzywasz się, udajesz że nie poznajesz. Nie wiadomo dlaczego. Takie chorobliwe zamknięcie. Idiotyczna sytuacja w której okazuje się że nie jesteś w stanie nawiązać zwykłego kontaktu. Czujesz się winny, czujesz że ta osoba w skrytości ducha ma cię za nic. W dodatku najprawdopodobniej podąża w to samo miejsce, zmieniasz więc plany aby uniknąć konfrontacji. Właśnie: konfrontacji. Wszystko widzisz jako konfrontację. Jesteś chujowy, jesteś do dupy.

Wracasz więc do domu, spłacasz jałmużnę ciału wykonując gimnastykę, zamykasz suwak śpiwora i wracasz do znajomego świata bajek. Świata, którego nie ma. Dalej bzdurasz w głowie mrzonki i iluzje. Czasem tylko wynurzysz się z tego kokona aby coś zjeść, załatwić się, albo masturbować przed komputerem. To już lepiej spać. Ale snów erotycznych nie miałeś odkąd skończyłeś lat -naście.




00:36, stanwewnetrzny
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2