stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
środa, 30 listopada 2011
Aroma recorder

Można zrobić zdjęcie, można nagrać dźwięk. Można nawet nakręcić film gdy chce się coś zachować, by później móc do tego wrócić. Szkoda że nie można zarejestrować zapachu. Taki aroma recorder przydałby mi się, och jak bardzo. Mógłbym sobie później odtwarzać zapachy przez odpowiednie urządzenia, przez jakiś odpowiednik słuchawek.

Tak sobie myślałem bo spóźniła się i usiadła przede mną Kobieta Która Pachniała. Nie zorientowałbym się, gdyby nie zaczęła odgarniać włosów. Zapach doleciał do mojego rzędu, uderzył mnie w nos, uderzył w jakieś receptory, w jakieś neurony, w jakieś najgłębsze ośrodki czegoś tam w mojej głowie. Myślałem że spadnę z fotela. Udawało mi się jakoś utrzymać skupienie na filmie ale co rusz z pozycji wyprostowanej przechylałem się ku przodowi, dzięki czemu miałem nos tuż nad jej głową. Zaciągałem się, inhalowałem ten cudowny zestaw feromonów pomieszany z zapachem szamponu, delikatnych perfum i czegoś nieopisywalnego, co łaskotało mnie w środku i odurzało. Myślałem wtedy że jednak jesteśmy zwierzętami. I strasznie żałowałem że nie ma takiego rejestratora.

The end. Poszły napisy, zapalono światła. Zwlekałem z założeniem kurtki, chciałem zobaczyć jak wygląda (zapach do wyglądu przecież w ogóle ma się nijak, co można wnieść o wyglądzie z zapachu, blond koloru włosów i prostej fryzury przed ramiona). Zaskoczyła mnie, nie była śliczna. Była po prostu ładna, ale w inny sposób niż mogłem się spodziewać. Pomyślałem że nie w moim typie ale po chwili zaczęła mi się podobać.

Kobieto, przecież mogłabyś nic nie robić tylko pachnieć. Pewnie nie zdawała sobie sprawy, jak działa jej zapach - a może działa tylko na mnie? A ja mógłbym nic nie robić tylko wciągać taką kobietę jak kokainę, jak opium, jak zapach świeżo zmielonej kawy.

Ale ona nic o tym nie wiedziała. Znikła między drzewami Pól Mokotowskich, zapach włosów chowając pod czapką i kapturem.

 

 

wtorek, 29 listopada 2011
Wreszcie mróz

Nie spodziewałem się, że tak mnie ucieszy. Wciągam głęboko w płuca. Jest w nim coś czystego czy może - oczyszczającego. I ten zapach zimy.

Patrzę w dół: trawa ścięta szronem. Na przystanku liść lśniący kryształkami, które go przemieniają, dodając jakiejś szlachetności. Patrzę w górę - niebo jest czyste i widać tylko rogalik księżyca tuż przed pierwszą kwadrą.

Patrzę przed siebie idąc, wchodzę w kłąb pary którą sam przed chwilą wypuściłem. Od mrozu aż ściska w zatokach.

niedziela, 27 listopada 2011
Bitter - bitter

Ugotowałem dziś zupę, zmiksowałem, mam zupę - krem. Zjadłem z kleksem śmietany i grzankami. Wcześniej odgrzałem kolorowe penne z sosem śmietanowo - pieczarkowym, zjadłem do lustra w towarzystwie radia. Wieczorem poszedłem na koncert - sam, i udawałem że mi to nie przeszkadza. Nie za bardzo mi to udawanie wychodziło, więc postanowiłem ukarać się kebabem. Jedząc - i patrząc na swoje odbicie w szybie - usiłowałem nie myśleć że jestem sam, i że jak o tym pomyślę to następną myślą jest sznurek. Nie starałem się zwalczać tej myśli, a tylko nie myśleć o niczym, nie myśleć. Niespiesznie poszedłem do autobusu. Na przystanku tańczyła jakaś dziewczyna, zdaje się że powtarzała kroki salsy. Ja gwizdałem motyw z Bitter Sweet Symphony. Wsiadła do tego samego nocnego. Stała metr obok mnie. Nie nawiązałem kontaktu (prócz incydentalnego wzrokowego) i byłem na siebie zły. Więc kiwając się na poręczy myślałem o pastylkach które łyknę jak wrócę, żeby nie myśleć, żeby spać. Niemożność nawiązania kontaktu. To zdanie chodzi za mną od dawna. Jest moim niechcianym mottem. Przeglądałem ostatnio stare wpisy, są rozpaczliwe, za bardzo rozpaczliwe. Ten wpis też będzie należał do rozpaczliwych. Blog, który trafia do młodzieży. Pewnie takiej bardziej emo, bardziej z problemami. To żałosne. A ja z tą młodzieżą nie umiem się kontaktować inaczej niż przez bloga (zresztą nie chcę), nawet w autobusie. Z nikim nie umiem nawiązać kontaktu, nikim nowym. A ludzie wokół mnie, takie mam wrażenie, szybko się zużywają. Ja się też im zużywam. Oho, pastylki zaczynają działać. To już nie napiszę tu żadnych brzydkich słów pod niczyim adresem. Zanucę je na dobranoc. Sobie.


czwartek, 24 listopada 2011
Fałszywe następstwo?

Nowy Świat przy Świętokrzyskiej jest beznadziejnie wąski, w dodatku by przejść od uniwersytetu do ronda z palmą zachodnią stroną, trzeba trzy razy przekraczać jezdnię (zamiast raz). Wszystko przez budowę metra i głupotę robotników. Wystarczyłoby cofnąć wjazd na budowę o dwa, trzy metry i już ciągłość chodzenia zostałaby zachowana. Jako że często tamtędy chodzę (i wolę zachodnią stronę Traktu Królewskiego), nie chce mi się niepotrzebnie stać na światłach i buntuję się przeciwko tej głupocie, łamiąc prawo. Przechodzę od budynku z którego zrzucono fortepian Chopina w stronę budynku w którym mieści się nowy wspaniały ulicą. Łamię znak zakazu, ignoruję tabliczkę przejście drugą stroną ulicy. Zresztą nie tylko ja.

Na przykład wczoraj tak zrobiłem, nie wiedziałem jednak że poustawiali tam dodatkowe barierki, utrudniając szybkie wejście na chodnik. Próbując przeciskać się między nimi, nadziałem się na jakąś wystającą blachę i rozerwałem rękaw kurtki. Zły byłem jak cholera, bo to moja jedyna kurtka, zresztą ciepła i dość dobrze się w niej czuję, choć po czterech latach noszenia jest już mocno zużyta. Zamierzałem jednak przechodzić w niej tę zimę a z rozerwanym rękawem staje to pod znakiem zapytania.

Najpierw pomyślałem sobie - no głupota, nie musiałem tamtędy chodzić. Druga myśl - mam za swoje. Trzecia - a może to nie zwykłe następstwo zdarzeń, nawet nie przyczynowo - skutkowe ale... Kara? W dodatku zasłużona!

Ale nie, jednak nie, bo przecież żadnej metafizyki nie ma, któż miałby tę karę wymierzać? Najwyżej drogowcy złośliwie postawili tam te żelastwa.

Raz po raz patrząc na rozerwany rękaw szedłem wkurzony w stronę de Gaulle'a i zacząłem się zastanawiać nad tym, że w ogóle tak pomyślałem. Kara. Za przechodzenie w nieodpowiednim miejscu. Za złamanie zakazu. Zdziwiła mnie ta łatwość łączenia wydarzeń i ich następstw z oceną moralną, ba, z jakimś nieokreślonym przyrodniczo - metafizycznym wymiarem sprawiedliwości. Bo przecież często bywa że przechodzisz na czerwonym świetle i zaraz potem ślizgasz i wywracasz się na zamarzniętej kałuży. Albo: nie kasujesz biletu a tego samego dnia kasjerka w sklepie oszukuje cię na kilkanaście złotych. I zupełnie naturalne dla części (większości) ludzi będzie pomyślenie sobie, że to kara.

Chyba że jestem wariatem, solipsystą, i tylko ja tak myślę. I w ogóle nie ma niczego, tylko ja, wszystko zaś inne to projekcja mojego umysłu. Tylko co zrobić z tą dziurą w rękawie, wiejącym zimnem, ostrymi krawędziami blachy trapezowej?

Póki co - reanimowałem moją kurtkę, zaszywając dziurę brązową nitką.

 

wtorek, 22 listopada 2011
The Axe

Przyszła rano. Ostrzegali: będzie miała czerwony kubrak (czy też serdak), będzie miała kapelusz. Nie powiedzieli tylko, że przyniesie ze sobą siekierę. Wiedźma. Zobaczyłem ją w drzwiach, ostrze siekiery skierowane było w moją stronę. Poczułem koniec.

Krzyknąłem, obudziłem się.

Była siódma rano.

Dawno już nie śniły mi się koszmary, nie pamiętam też, żebym kiedykolwiek się przez nie budził. I dawno nie spałem tak krótko, może cztery - cztery i pół godziny. Ale warto było położyć się późno, warto było nawet spotkać tą wiedźmę w drzwiach własnego korytarza. Warto było bo poprzedniej nocy miałem przypływ energii, dobrego samopoczucia i nie chciałem tego przerywać. Poszedłem do kina (nie przeszkadzało mi że sam), nie oglądałem się za kobietami a po powrocie do domu zacząłem szukać pracy. Znalazłem dwa ciekawe ogłoszenia, na jedno odpowiedziałem. Zlustrowałem stronę firmy, napisałem nowy list motywacyjny, CV poddałem tuningowi i słuchałem pierwszej płyty Lao Che. Słyszeliście kiedyś o pigułach (narkotykach) muzycznych? Jakiś czas temu był o tym tekst w Przekroju. Piguły czy nie, o tej porze muzyka działała na mnie, i Komtur i The Knife. Słuchawki przyciskałem mocno do uszu, by być jeszcze bardziej w środku. Och, gdyby częściej tak się zdarzało. Tyle pary, tyle energii, w dodatku przełożonej na działanie. Jakaś jasność w głowie. I nawet ponury tekst zmienił się w wesoły:

You could have locked yourself up for ten years or so
And when you finally came out, there would still be new chances for you


sobota, 19 listopada 2011
Marny sen i ranna kawa

Wstać w sobotę o pół do siódmej to jest pewna ekstrawagancja ale i przyjemność. Zemleć kawę, zaparzyć (gdy się parzy, patrzeć przez okno na puste skrzyżowanie i pętlę autobusową), nalać, usiąść do komputera. Może wyjść na balkon, zapalić, zaciągnąć się tłustym, zimnym powietrzem. Może posłuchać w jedynce komunikatu o stanie wód lub sygnału czasu z laboratorium czasu w Warszawie. I czuć się prawie jak mnmlist - w spokojnej radości godzin poranka.

A potem chodzić niewyspany przez cały dzień. Albo odsypiać i tracić czas, rozbijając ciągłość świadomości.

Pijacki sen jest jednak słaby i krótki, krótszy niż zwykły. Jest pusty, nienasycony marzeniami sennymi. Ale konieczny. Nic na to nie poradzisz. Można przecież czasem się napić, i można wstać rano. Może nawet warto.


czwartek, 17 listopada 2011
Kirsten

Blondynki z niebieskimi oczami raczej nie są w moim typie ale są wyjątki. Na przykład Kirsten Dunst stanowi wyjątek. I oto jadę autobusem, a Kirsten dosiada się. Ma czarną czapkę z pomponem, dżinsy, zamszowe buty w stylu kowbojskim (odrobinę może za duże stopy), okulary i ładny uśmiech. Przepuszcza ją w drzwiach dość przystojny facet, może w moim wieku. Ubrany turystycznie ale pod spodem ma marynarkę. Gest ustąpienia pierwszeństwa w drzwiach robi na niej wrażenie. Proksemika tej sytuacji wygląda następująco: ja na tylnym, ostatnim siedzeniu, przede mną uprzejmy przystojniak, za nim w wąskim przejściu między siedzeniami stoi Kirsten. Nie widzę jej, albo tylko czasami. Zasłania mi ją przystojniak. Kiedy nie zasłania, obserwuję, że dziewczyna patrzy na niego łakomie. On jakby ją ignorował. Ale też i nie daje mi na nią popatrzeć. W końcu wysiada gdzieś na Brazylijskiej, dzięki czemu mogę bez przeszkód obserwować Kirsten. Nie jest jednak mną zainteresowana, uśmiecha się tylko do siebie i pławi w swoim niby to niezamierzonym, niby niewinnym pięknie. A urodziwa jest nad wyraz - może nawet ładniejsza od aktorki. Pewnie też młodsza. Nagle - patrzy na mnie! To niemożliwe, na mnie? Nie, na tylną szybę autobusu, wypatruje autobusu, w który mogłaby się przesiąść. Nie oglądam się, to byłby obciach, zresztą wolę na nią patrzeć, ją sobie dobrze utrwalić, Kirsten zapamiętać. Wreszcie - wkłada czapkę, wysiada. Wtedy patrzę przez tylną szybę jak idzie w kierunku przejścia, porusza się wspaniale, bez nerwowości ale też i bezwładu, porusza się godnie, ma wspaniałe nogi w tych dżinsach. Autobus rusza z solarisowym warkotem, puszcza kłąb szarego dymu a ja dopisuję Kirsten do listy hollywoodzkich aktorek spotkanych w warszawskich autobusach.

 

poniedziałek, 14 listopada 2011
"Nie" z automatu

Ja to chyba jakiś sztywny jestem. Debil. Idiota. Na Placu Zbawiciela zaczepia mnie dziewczyna (ładna całkiem) i pyta czy chcę bilet do teatru na dziś na za godzinę - czyli na 17-tą. Nieważne, że mówi do mnie per "pan" ale propozycja całkiem miła, zwłaszcza gdy chce się jakoś spędzić wieczór w dzień własnych urodzin, za którymi się nie przepada a najlepszym prezentem byłaby czapka niewidka.
I - jako że jest to coś niespodziewanego, coś co wytrąca mnie z rutyny i nie jest przewidywalne - odruchowo odpowiadam że dzięki, że nie. Idę kilkanaście metrów i opadają mnie wątpliwości: dlaczego powiedziałem nie, dlaczego nie spytałem przynajmniej o co chodzi, może kryła się za tym jakaś ciekawa historia? Idę kolejne kilkanaście kroków i coraz bardziej jestem przekonany, że powinienem był wziąć ten bilet. Odwracam się - dziewczyna już zniknęła. Na wszelki wypadek obchodzę dookoła cały plac - ale ani śladu dziewczyny.
Siadam więc na ławce, aby ochłonąć. W dupę zimno, dziadek mówił żeby nie siadać na zimnym bo można dostać wilka. A może ona mi chciała ten bilet sprzedać? Może to jakaś akcja promocyjna - w końcu nie zdarza się, by rozdawano na ulicy za darmo bilety do teatru. Jeśli tak, to znaczy, że zaklasyfikowałem ją do akwizytorów i zareagowałem typowo - odmownie. Ale jeśli po prostu miała bilet, który miał się zmarnować i chciała go przekazać komukolwiek i akurat trafiło na mnie, w moje urodziny, to jestem idiotą. Nie wiem czy była akwizytorką, czy miała zbędny bilet do oddania. Ale mogłem przynajmniej zapytać, a nie od razu mówić nie.
Tylko, że to jest automatyczne. Jeśli nie wiem jak zareagować na jakąś propozycję, sytuację etc. bo jest dla mnie zaskoczeniem - asekuracyjnie reaguję odmową. I często na tym tracę, o wiele więcej, niż gdybym na przykład zapytał o co chodzi albo poprosił o dwie chwile do zastanowienia. Bo przecież wiem to o sobie - że tak reaguję. Czasami mi się udaje i ludzie to rozumieją, i przyjmują całkiem normalnie że odpowiem za jakiś czas. Przecież rzadko kiedy sprawy są aż tak gardłowe, że wymagają decyzji natychmiastowej. Ale sytuacja z biletem taka trochę była, więc w grę wchodziłoby dopytanie albo automatyczne "tak", które nie jest cyrografem i można się zeń wycofać. Ech, anankastycy! A swoją drogą niełatwo przychodzi mi przyjmowanie czegokolwiek od innych, dlaczego - nie wiem.
Chciałbym mieć jakiś luz w tym wszystkim. I dystans, o.

środa, 09 listopada 2011
Stawić czoła zmrokowi

Wczoraj pierwszy raz spróbowałem wyjść naprzeciw zapadającej ciemności. Przeważnie usiłuję przespać moment szarówki, nie daję rady przyglądać się jak dzień, skazany z góry na przegraną, toczy walkę z rozpychającą się łokciami nocą, nocą która nastaje niedługo po 16-tej. Zaciągam wtedy zasłony, mocno zaciskam powieki i próbuję przetrwać. Przeważnie zasypiam ale ostatnio tak już jestem wyspany, że nawet hydrox. przestała na mnie działać.

Poszedłem więc wczoraj na spacer. Szedłem koło jeziorka i wzdłuż kanałku a dzień przegrywał z nocą, światło z ciemnością. Miałem skądś siłę, by na to patrzeć i się nie przejmować. Jeszcze nie zleciały się te wszystkie wrony, kawki i sroki aby okupować łyse drzewa. Pogoda pozwala jeszcze na chodzenie (czasem) bez czapki i kalesonów, tegoroczny listopad jest wyjątkowo pod tym względem łaskawy - może dlatego, że lipiec był bezwzględny. Do domu dotarłem jeszcze przed zmrokiem, więc tego najgorszego nie widziałem.

A dni są jeszcze słoneczne, co tym gorzej dla mnie. Jest słońce, więc powinienem mieć energię, coś robić, działać, pracować, żyć. A ja siedzę i piszę tego bloga (i innego trochę też), mało czytam, oglądam youporn albo inne gołe baby. Słońce tego nie usprawiedliwia, słońce patrzy na to karcąco. Co innego byle jaki dzień, szarówka, rozmyty świat bez świateł, cieni i ostrych krawędzi. Ale spokojnie, i takie dni nadejdą.

 

poniedziałek, 07 listopada 2011
Blog niezgodny z polityką firmy

Podesłała K.J.

 

Tagi: praca scenki
22:24, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2