stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
czwartek, 18 lutego 2010
Z Wielkopostnym pozdrowieniem w rytmie cha-cha

 

1:50!

 

 


12:02, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010
Homonimia czyli wiedza przyrodnicza w konfrontacji z kuchnią wschodnią oraz rym częstochowski na koniec

 

- Przyniosłam ci sałatkę. Ananas, kukurycza, wędzony kurczak, soja.

- Dzięki!

- Dostałeś jeszcze chrzan ?!?

- Nie, hummus.

- Humus? Fuj!

- Co fuj? Aa, wiesz co to jest humus?

- No, gleba, próchnica.

- Pasta, ciecierzyca.

 

 

P.S. Sałatka, hummus, jak również ich synteza były pyszne. Dziękuję!

20:33, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 lutego 2010
Nowy

- Czy leżał pan już w tym szpitalu?

- Leżałem, pani doktór.

- A kiedy ostatnio?

- Pięćdziesiąt lat temu, na gruźlicę.

- ...


A potem to, panie, wyrzucili mnie z wojska, bo ja wcześniej w aka byłem, no to już do tego wojska, panie, nie wracałem tylko wziąłem się za budowanie.

Nie, urodziłem się w Kosowie, panie, bo mój dziadek tramwajarzem był konym - konie lubił, w dupy im rękę wkładał, ale jak zelektryfikowali, panie, te tramwaje, to kupił ziemię pod Sokołowem i tam już się urodziłem.


- A dlaczego chodzi pan o kuli? Jakieś zwyrodnienia? Serce czy pourazowo?

- O, pani doktór, serce za słabe.

- Męczy się pan?

- Męczę, poza tym przytyłem i bolą mnie kolana.

- Niedobrze, nie należy przytywać. A od kiedy bolą nogi?

- Pourazowo. Okupacyjna historia, w czasie wojny wyskakiwałem z pociągu - wie pani, musiałem.

- Czyli uraz był dawno i o kuli chodzi pan od dawna?

- Od pięciu miesięcy.


Tak, panie, w lasach byłem w oddziale. Mam odznaczenia, Polonia Restituta, medale od rządu w Londynie, krzyż zasługi, do pięćdziesiątego drugiego ube się mną interesowało, nie mogłem normalnie pracować, panie, no a potem wyrzucili mnie - bo w aka byłem porucznikiem - no, panie, poszedłem budować. Ja się do służby w wojsku nie nadawałem, bo potem latałem na samolotach - ojciec był mistrzem ciesielskim, ja panie, też wolałem budować.


- Leki pan bierze?

- Tak, pani doktór, zaraz pokażę (wyjmuje z szafki pokaźną siatkę leków)

- To niech już pan nie bierze swoich leków oprócz tych dwóch (pokazuje)

- Dobrze

- Będzie pan dostawał leki od nas, resztę niech żona zabierze do domu


Jeżdżę, panie, czasem samochodem na te osiedla, odwiedzam, patrzę jak to wygląda, po prostu człowiek się stęsknił za tym wszystkim. Potem przeszedłem do biura planowania i odbudowy Warszawy. Tak, panie, i Osiedle Przyjaźń całe i Pragę II, i hotele robotnicze na Ciołka, na Żymirskiego dom na palach, później przez dwadzieścia lat cały Wawrzyszew, Bielany, Chomiczówkę. Żałuję że nie zbudowałem sobie domu - koledzy pokradli, pobudowali, panie, ale ja tam sobie pojeździłem po świecie, co zobaczyłem, nikt mi, panie nie odbierze. Dostałem małe mieszkanie na Mariensztacie, gdyby sprzedać to hoho, ale już się nie przeprowadzę. Dopiero na Bródno.


- Ma pan jakieś swoje leki?

- Mam ale nie brałem, siostro

- Ale dlaczego pan nie brał?

- Miałem dostać tu w szpitalu

- My tu przecież nie mamy wszystkich leków! Musi pan brać swoje!

- ...

- Albo wie pan co, niech pan da te leki to będziemy panu dawać pana

- Dobrze że żona nie zabrała do domu


Potem planowałem i budowałem Cmentarz Północny, tam zresztą większość mojej budowlanej brygady już, panie, nie żyje. Żona pierwsza też nie żyje, syn nie żyje, drugi syn zaginął gdzieś w Kanadzie, miałem z nim dużo kłopotów, narkomanem był.

A laptop ile kosztuje? Ja muszę kupić komputer dla żony bo dużo dzwoni do swojego syna, ona jest ze Stanisławowa, panie, kupiłem mieszkanie jej synowi. Pięć lat temu się ożeniłem bo to, panie, miałem tego dosyć - tylko koledzy, gorzały się dużo piło, już nie miałem zdrowia. Panie, trzydzieści lat! Ona jeszcze pięćdziesiątki nie ma. A co, ja przecież nawet kapci ze sobą tam nie wezmę. A ludziom trzeba pomagać. Chłop to wie pan, jak sam gospodarzy to kiepsko.


- Coś się działo? Coś potrzeba? Jak się panowie czują?

- Może być

- To dziękuję, dobranoc

- Dobranoc


Nie chodzę, panie, nie mogę się przewietrzyć, bo ja muszę odpoczywać jak się zmęczę, usiąść gdzieś na ławce - a w te mrozy gdzie ja będę siadał. Na Syberię chcieli mnie zsyłać ale zachorowałem na gruźlicę. Lekarz powiedział, że już z tego nie wyjdę, to, panie zostawili mnie w szpitalu.


- Kolacja, panowie chodzący niech odbiorą

- A co jest na kolację?

- Pan ma dietę cukrzycową?

- Tak

- Jajko, sałatka, pieczywo. To samo co dla nie cukrzyków, tylko herbata gorzka


Zagęszczają wszystko, całe Bielany, panie. Ale wie pan, człowiek ma sentyment. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi. No i dobrze, bo, panie mnie robaki zjedzą a ludzie tam będą mieszkać.




19:02, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
środa, 10 lutego 2010
Szpaki ciernistych drzewów

A może sroki.

Kruki?

Patrzę przez okno na dziedziniec. Na dziedzińcu rośnie kilka drzew.

Wysoko na drzewie - a dla mnie na poziomie oczu obserwuję ptaki jedzące bułkę.

Jeden je, dwa pozostałe próbują mu ją wyrwać.

Nie rozróżniam ptaków - no może z wyjątkiem wróbli, gołębi, bocianów.

Nie rozróżniam też gatunków drzew.

Żaden ojciec, dziadek, wujek, babka, stryjek, sąsiad-biolog, sąsiadka-geografka, nikt nie wziął mnie za rękę, nie zaprowadził do lasu, nie objaśnił co jest co, nie nazwał świata wokół mnie. Posługuję się zawężonym słownikiem: oto ptak, oto drzewo. Czuję się przez to uboższy.




22:21, stanwewnetrzny
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lutego 2010
Leżenie, leczenie, lenienie

Leżę w tym szpitalu, zaczął się drugi miesiąc. Dużo czasu. Społecznie się uwsteczniłem, kontakty jedynie z lekarzami, jedynie na poziomie służbowym - a raczej podległym - nie są rozwijające.

Owszem, na początku nie miałem na nic siły. Ale teraz siłę mam. Przynajmniej na tyle, żeby myśleć. Myślę więc. Nie, nie o chorobie (to mam cały czas w głowie, przerabiam etapy pogodzenia się etc. i nie tracę czasu na myślenie kierunkowe). Myślę o tym, że jak się jest w szpitalu, to - właśnie - jest dużo czasu na myślenie. I na przemyślenie. Tzn. tak chyba powinno być.

Powinno?

Sam nie wiem. Niby próbuję odżegnywać się od wszelakich powiności i schematów. Ale z drugiej strony np. ktoś mi zasugerował, że wyjdę ze szpitala dojrzalszy. A niby z jakiej racji? A jak wyjdę cofnięty? Znaczy co - zmarnowałem czas?

I teraz pytanie o strategię. Co można robić w szpitalu? Wiadomo, leży się, ma się badania, przyjmuje leki, docelowo - zdrowieje. Ale co oprócz tego. Leży się. Chodzi - tyle ile można (mi nie zabardzo można). Poddaje szpitalnemu trybowi życia. Się. Jest to sytuacja przymusowa, niewdzięczna, sytuacja zamknięcia. Takie trochę więzienie. Pamięta ktoś film Symetria? Bohater grany przez Chyrę miał strategię. Jego tam nie było. Leżał, czytał. Miał plan lekturowy, był wolny. Nie stał w miejscu.

Wydaje mi się, że wszystko zależy od wyrobionych nawyków. Jeśli na przykład byłem leniem albo działałem pod wpływem impulsów bądź nastroju (czytam, kiedy książka jest interesująca ale bez szczególnego planu, uczę się gdy mam taki kaprys, piszę gdy natchnienie), to szpital niczego tu nie zmieni. Ani więzienie - jeśli kiedyś tam trafię.

A może zmieni? Przedwczoraj poczułem potrzebę jakiegoś planu, nie wiem - ćwiczeń duchowych, strategii, czegokolwiek, co da mi w tym szpitalu przestrzeń, oddech, wolność. Na razie uzyskuję to śniąc (ale niewielka w ty moja zasługa), a raz włożyłem wysiłek w medytację - i było to super, naprawdę dało mi haust świeżego powietrza.

Muszę balansować. Z jednej strony mogę nie mieć siły i szpital jest niezłą wymówką nicnierobienia. Z drugiej - nie tylko nie skapcanieć do końca, ale może właśnie choć trochę wycisnąć z tego czasu dla siebie, ku pożytkowi.

Na razie tylko blog jest czymś takim. Zwolniłem się nawet z czytania (ale za to obejrzałem kilka filmów). Na stoliku leżą Łaskawe, Punkt zwrotny, Ja, Michał z Montaigne. W intenecie też w cholerę książek, kursów, miejsc. Cały runet do spenetrowania. Audiobook Boży wojownicy, kurs hiszpańskiego na mp3. A ja bez sensu słucham radia, zapamiętale kręcę gałką i namiętnie zmieniam stacje.




13:59, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 lutego 2010
Podróże po różowej tabletce

I dźwigałem te cholerne narty na jakiejś przełęczy (przecież nie mogę dźwigać z tym sercem, poza tym nie cierpię nart). A na szczycie, na skałkach, grał zespół Osjan. W basenie. I był jakiś performace, do którego wciągano publiczność. I szedłem dalej, w sznureczku ludzi - oj zatłoczone mamy te tatrzańskie szlaki. Na wielką, przestrzenną, zieloną halę (polanę) przyleciał helikopter i zabrał część nart. Niestety nie te, które niosłem. Więc dalej szedłem po szlaku z tymi nartami jak Jezus z krzyżem. A potem poprowadziłem poranną audycję w radiu. Zostawili mnie samego w studiu. I nikt nie wyjaśnił, jak obsługiwać ten cały sprzęt. Na korytarzach nikogo, sprzątaczka tylko - niemiła i lekceważąca. Puszczając muzykę nie byłem pewien, czy faktycznie jestem na antenie. Między piosenkami coś gadałem - ale byłem nieprzygotowany i opowiadałem tylko o tym, że jestem nieprzygotowany i uzasadniałem to w ten sposób, że muszę gadać i prowadzić tę audycję - żeby był dowód. Mojego zaniedbania i niezgrabności. Żeby było nagrane. A potem trafiłem do byłej dziewczyny (miałem ze sobą te cholerne narty) do jej byłego mieszkania - które jakoś urosło w międzyczasie - i spotkałem tam jej chłopaka, ogolonego, ubranego w szlafrok i ze trzy razy przystojniejszego ode mnie. I wyższego! Ładna para. Następnie szybko sprawdziłem, czy jest bezpośredni autobus do szpitala (na szczęście był - na szczęście bo ja przecież w krótkich spodniach, a mróz) i zdążyłem przed ciszą nocną. Szybko się przebrałem i hop do łóżka. Teraz trochę boli mnie gardło. Przewiało mnie gdzieś w górach, następnym razem pomyślę o szaliku.




12:47, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 lutego 2010
A mi się już nie chce

Jestem w drugim szpitalu, salę zmienałem cztery razy, oddział - trzy. Mam trzecią (tym razem już chyba prawidłową) diagnozę. Swoją historię opowiedziałem ok. 30 lekarzom, za każdym razem od nowa. Dostałem 100 rodzajów leków, sikałem do kaczki załatwiałem się do basenu, musiano mnie myć. Nie wiadomo jakie rokowania, nie wiadomo czy się poprawi, i czy np. .... i czy np będę ...... .

I ja już nie mam ochoty o tym opowiadać ani pisać. I ja już nie mam ochoty odpowiadać na żadne pytania, choćby zadane z największą troską.

Niniejszym zawieszam pisanie do czasu poprawy stanu zewnętrznego a głównie wewnętrznego, i też nie będę się tłumaczyć.

Teraz tylko radio, telefon. Prasa. Książka. Ruchu nie mogę, zalecony odpoczynek.

Od komputera się odzwyczaiłem nie miałem nawet żadnego syndromu odstawienia (mimo, że sądziłem, że jestem uzależniony).

Zresztą - im więcej sprzętu, tym większe kłopoty, tym większe nerwy.

 

 


 

11:16, stanwewnetrzny
Link Komentarze (5) »