stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Code Blue

Samotność,

śmierć,

sperma.

 

Tagi: filmy kultura
20:11, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 stycznia 2012
Na dobre i na złe

Miałem dziś dobry dzień - jakoś tak normalnie się czułem. Spotkałem się z koleżanką (dostałem zaległy prezent urodzinowy, który mi się bardzo podoba), potem spotkałem się z kumplem na pogranie. Wracając do domu, w zatłoczonym autobusie wąchałem współpasażerkę - początkowo jej zapach mnie drażnił, ale pod perfumami były feromony, które powodowały u mnie chęć ugryzienia współpasażerki w szyję, tudzież budziły rozmaite żądze i instynkty. Poczułem się normalnie. No, że reaguję jak facet, że jednak bywa ze mną ok, że staje mi w bliskości kobiety. Miałem nawet ochotę iść na jakąś dyskotekę i się po prostu dobrze bawić, jednak wyjrzawszy za okno (pada coś mokrego ni to deszcz, ni śnieg) zrezygnowałem. Zamiast tego zrobiłem i zjadłem pizzę, a teraz siedzę w słuchawkach i masuję sobie uszy basem z tej piosenki. Piosenka ta przypomina mi czasy kiedy byłem w dyskotekach podrywany przez dziewczyny. Przeważnie grube ale tamta akurat była chuda. Mela - a tak naprawdę Gośka. A ja wtedy - głupi. Zresztą do dziś mi to zostało. Może jutro pójdę gdzieś potańczyć.

 

 

Into the white

Ten śnieg ma pewne właściwości ciekawe. Jest jakiś taki że jak pada, a zwłaszcza w nocy, to od razu robi się bezpiecznie, od razu przytulnie jakoś. I chciałoby się, stojąc na balkonie i oglądając go jak sypie w świetle latarni, chciałoby się w ten śnieg skoczyć - że niby tak bezpiecznie i w ogóle. Tak pójść w biel i rozpłynąć się w tej bieli, stać się bielą, stać się tym czymś bezpiecznym, otulającym, zniknąć w tej białości wszechogarniającej. Mam takie sezonowe chętki - latem roztopić się w zieloności dzikiej, pierwotnej, leśnej, a zimą - pierwszy raz mnie to nachodzi albo raczej do tej pory nie było uświadomione - w owej bieli, śniegu miejskim, powoływanym do widzenia przez latarnie i snopy samochodowych świateł.

 

czwartek, 19 stycznia 2012
Intercultural encounters

Są inne kraje niż ten. Inne kraje, gdzie słońca więcej, ludzie bardziej uśmiechnięci, o nie tak poważnym usposobieniu. Gdzie dziewczyny nie obgryzają nerwowo paznokci ani nie przygryzają warg zawijając w grymasie do środka lub składając w dzióbek. Są inne kraje, w których kontakt fizyczny jest bardziej naturalny, w których aby potrzymać za rękę drugą osobę nie trzeba od być ani jej rodzicem (dzieckiem) ani chłopakiem/dziewczyną. Kraje w  których dotyk jest tak naturalny jak rozmowa, jest jej częścią. Są kraje, w których nie ma zimy, kraje gdzie ludzie w ciągu całego życia nie widzieli śniegu. Bardziej rozumiem teraz przyjaciela, który zakochał się w dziewczynie z takich krajów, która uosabiała to wszystko właśnie, dopiero teraz zaczyna być to dla mnie jaśniejsze. Rozumiem bo przez kilka dni przebywałem (w charakterze dalekiego kuzyna) z dziewczyną, która była z innych krajów i która była tak inna że aż mnie to urzekło. Ten luz jakiś, to jakieś słońce wewnętrzne, jakieś nieprzejmowanie się wrodzone, jakieś branie życia w zupełnie niedostępny dla mnie sposób. Kilka dni w śniegu, w dolinach tatrzańskich, kilka dni rozmawiania w angielsko-hiszpańskim pidżynie. Nietzsche nie mógłby pisać po hiszpańsku, ani Heidegger, ani tym bardziej Dostojewski czy Kierkegaard. Są kraje w których na pewien rodzaj zamulania, pewien rodzaj smutku, powagi i spięcia nie ma po prostu miejsca. Lingwistycznie i kulturowo. Dalekie są kraje.

 

środa, 18 stycznia 2012
Dobre rady, proste słowa

 

why complicate life. missing sobebody? call. wanna meet up? invite. wanna be understand? explain. don't like something? say it. like something? state it. want something? ask. love someone? tell it.

 

To przeważnie działa. Naprawdę! Czasem mam na tyle dużo energii, by z tych rad skorzystać, więc wiem.

 


Golenie

Myślałem - ostrzygę się, ogolę, spryskam płynem Brut aftershave. Zgolę z siebie tego starego dziada, którym ostatnio jestem. Ostrzygę się do mojego prawdziwego ja, do prawdziwego (młodego) wyglądu. Będę jednocześnie strzygącym Pygmalionem i strzyżoną Galateą. Ostrzygę z siebie tego dziada z pogniecioną twarzą. Obetnę te siwe odrosty. To przecież zawsze działa. Działało.
Tak więc trymer terkoce równo, stara maszynka elektryczna philipsa trochę rzęzi, jednak nadal działa. Patrzę na twarz i głowę swoją najpierw wyrywkowo, starając się widzieć tylko ruch ostrza po skórze, a nie oglądać oczy i swojej twarzy w całości.
Coraz bardziej jednak korci mnie i kusi: zobaczyć tę młodość, która wychynęła. I co to, co widzę? Spod kłaków, kudłów, zarostu, szczeciny wyłania się ktoś znajomy przecież ale jakoś podstarzały. Nie, to niemożliwe. JA jestem niedojrzały, powinienem wyglądać młodo. Tymczasem postarzałem się pod tą brodą zupełnie nie wiadomo kiedy i żadne zabiegi pielęgnacyjne nic tu nie pomogą.
Może za rzadko aplikowałem sobie kosmetyki? Może ten face cleaning gel z dogłębnym peelingowym oczyszczaniem mnie tak załatwił i że żadnych kremów? To ja? To moja twarz?
Nie, znowu ta wielka okrągła gęba na cienkiej szyi, z tym że już bez uroku, bez tej wymalowanej na niej młodości, niedojrzałości. Wiem już: nie będę patrzeć w lustro. Nie będę wychodzić do ludzi. Schowam się. Kupię maskę V jak vendeta i nie dość że zakryję swoją twarz, to jeszcze będę z tych oburzonych.
Bo tutaj nie ma dobrego wyjścia, nie ma wyjścia umiarkowanego i pośrodku. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: być starym, zarośniętym dziadem, czy starym, ogolonym-wystrzyżonym dziadem. Nie ma. Jak się już jest dziadem to koniec, kropka i mogiła.
Nie wiedziałem tylko, że moja twarz przywita mnie w świecie dziadów już dziś, teraz przed chwilą. Nie wiedziałem. Ale na to i tak przecież nie można być przygotowanym.

 

 

wtorek, 17 stycznia 2012
110 zł w Orange

Że ja niby taki sprytny jestem. Że oszczędny taki. Że te 100 złotych z doładowania to 100+10 w gratisie, i że starcza mi na pięć miesięcy, i jeszcze zostaje ze 20zł, które przechodzi na następny okres rozliczeniowy. I zmyślny, bo tanie połączenia, tanie sms-y. Że inni głupi, bo po 25 zł doładowują, wyższe stawki płacą.
Ale ostatnio obejrzałem sobie spis połączeń - prawie do nikogo nie dzwonię, ani nikt do mnie prawie nie dzwoni, nie pisze. Żadnej tam dziewczyny nie mam, ani nawet bliskiej osoby do której bym dzwonił a stan środków z doładowań topniałby jak sople w Zakopanem. Żadnej dziewczyny, żadnego chłopaka, żadnego nikogo. No to nie dziwne, że mi na tyle starcza. Że tak się kumulują te impulsy telefoniczne. Mam też możliwość określenia trzech osób w sieci, żeby do nich za darmo dzwonić przez dwa miesiące, ale z tym też problem. Często nie wpisuję nikogo, nie korzystam z tej opcji. Żeby jakiś wariat chociaż dzwonił, wariatka jakaś nie dawała spokoju, wysyłała smsy bez podpisu. A tu nic. Milczy moja komórka. Nawet grać na niej w nic nie mogę bo ma zainstalowane tylko jakieś triale. Czasem słucham radia, dwójki, co jeszcze bardziej oddala mnie od świata, bo dwójka to ą i ę i szkoła dobrego wychowania i wysmakowania muzycznego.
Mam może dwie - trzy osoby w Playu do których czasem chciałbym zadzwonić ale z kolei - szkoda mi. Bo 80 groszy za minutę, zdziercy! Oligopol i kartel i zmowa operatorów. Czasem dzwonię, ale z komputera, rzadko, przeważnie nie dzwonię, piszę smsy, zwykłe papierowe listy. I dopiero niedawno dotarło do mnie że liczę, liczę te złotówki na koncie, myśląc że jestem taki fajny, a tymczasem po ch.j mi one, nikt nie dzwoni, ja do nikogo, stąd to bogactwo minut. Tymczasem w górach i tak nie ma zasięgu, i nawet nie bardzo mi się chce żeby wtedy ktoś do mnie wydzwaniał.
Ale i tak myślę o zakupie dual-sima (bo taniej), z latarką może. Włożę sobie drugą kartę, na którą też nikt nie będzie dzwonił, tylko ja do Play. Potaniały ostatnio te aparaty.

 

 

23:04, stanwewnetrzny
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Lignator

A dlaczegóż przyśnił mi się dziś akurat Jan Wróbel? Jan Wróbel ze swoim infantylnym głosem, muchą i kamizelką? Czyżby przez powinowactwo ptasiego nazwiska? A może dlatego że widziałem go kiedyś samotnie stojącego w kolejce do kasy kinowej w Lunie? Może wreszcie przez wspólnotę noszonej brody? Ale dlaczego Wróbel Jan mnie podrywał, kupował słodycze i starał się być przymilny (choć przez ten charakterystyczny głosik zawsze brzmi przymilnie)? Oj, dziwnieśmy chyba wyglądali - on mały ja duży. Ale czy w ogóle wyglądaliśmy? Czy koś nas widział? Może w tym śnie był tylko on, ja, i jego mnie podrywanie? I nie było nic innego, żadnego obserwatora, żadnego świadka. Jan Wróbel najwyraźniej był pedałem i chciał, i próbował mnie uwieść. A ja najwyraźniej łasy byłem na te cukierki i słodycze ale przypalajcie mnie żywym ogniem - nie wiem czy uległem. Nie pamiętam po prostu. A może tego tam wcale nie było - rezultatu, efektu. Był sam proces - że Jan Wróbel mnie gejowsko przekupywał.
A, wiem już. Wszystko przez Drwala, którego czytam, który mi się podoba, który jest sugestywny i dawno już nic mi się tak dobrze nie czytało. I oczywiście przejmuję z Drwala całe to gejostwo, całe te uwodzenie lujów (ja luj??), a może wczuwam się za bardzo w narratora, tak za bardzo że mi się śnię ja sam jako Jan Wróbel który mnie (siebie) uwodzi. I dodatkowo przejmuję jeszcze styl, bo łatwo mi przychodzi przejmować w pisaniu czyjś styl, a swoim to może jedynie pracę magisterską lata temu napisałem, poza tym jestem bezstylowy. A może wychodzi ze mnie po prostu wypierane pedalstwo, a może przed tym pedalstwem lęk. I jeszcze się tu tym ekshibicjonistycznie dzielę na blogu.

 

Mychał Wytkowski, Derewal (tak siebie i swoją książkę przedstawiał w radiu przegiętym głosem sam autor)

 

niedziela, 08 stycznia 2012
Czarna magia oraz jak ją zdemaskowano

To się musiało tak skończyć. Zabójstwem przez poderżnięcie gardła przy pomocy nożyka do tapet. Najpierw była kobieta w wieku mojej matki. I zaraz potem drugi trup - młody chłopak. A wszystko w jakimś bloku, na jakimś osiedlu, w kuchni dwupokojowego mieszkania. Ależ się trzymali! Rżnąłem i rżnąłem a głowy cały czas pozostawały na swoim miejscu. To dźgałem. Potem przyszedł ktoś do pomocy. Wynieśliśmy ciała w jakieś suche chaszcze. Wysokie, zdrewniałe, brązowe zarośla zupełnie dobrze ukrywały zwłoki.
To się musiało tak skończyć. Komenda policji, zebranie stażystów. Nowoczesny budynek, oszklony, trzy-czteropiętrowy. Nikt mnie nie słuchał. Właściwie nie było takiej potrzeby bo bałem się odezwać. A przecież fakty mówiły same za siebie: budynek znajdował się w nisko zabudowanej dzielnicy, wśród willi. Przyjechałem tam rowerem, jechałem jakimiś podwórkami, wąskimi przesmykami postmodernistycznie wzorowanymi na sycylijskie. Schodki, kute poręcze, jasny gres, ceramiczne falowane dachówki, łukowato zakończone framugi. Ale wszystko z betonu. Biedne, spłowiałe, zardzewiałe miejscami. To przecież jasne: MAFIA. A zaraz obok stoi komenda. Wiadomo - najciemniej pod latarnią. A może to nie był przypadek tylko jakaś zmowa?
To musiało się tak skończyć. Czytanie przed snem Stulecia detektywów. Oglądanie kryminalnych seriali. Moje sny przez długi czas pozostawały bez związku. Śniły mi się normalnie dziwne rzeczy, jak to we śnie. Aż się dziwiłem. Bo to, co czytam, to rzeczy potworne.
I w końcu wyszło - podrzynanie gardeł, jakieś przestępstwo, współudział - a zaraz, za chwilę coś odwrotnego: aspiracje detektywistyczno-kryminologiczne.
Dziś już nie będę nic czytać przed snem, pooglądam sobie może gołe babki. Tylko dlaczego te gołe babki prawie nigdy mi się nie śnią?

 

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dehnel w biedrze

Och, warto się czasem pokręcić po mieście, warto iść na zakupy choćby i po kiełbasę, by poetę zobaczyć w Biedronce. Poetę - arbitra stylu i chodzący prawzór zadawania szyku laseczką, poetę który odziany w stylową dzianą marynarkę, z efektownym kaszkietem na głowie kupuje powiedzmy papier toaletowy czy też tanie wino (bo w Biedronce każde wino jest tanie) oraz puszkowane pomidory w sosie własnym.

Tak, czasem warto żyć, by otrzeć się o sławę. D. stojąc w kolejce nie marnował czasu: wyłożywszy zakupy na taśmę, poczytywał jakąś smakowitą lekturę, co rusz przesuwając się w kierunku kasy. Następnie ów poeta-pisarz-malarz szerokim gestem zapłacił banknotem stuzłotowym wyjętym z metalowego pugilaresu czy też puzderka (spodziewałem się że wspaniałomyślnie krzyknie "reszty nie trzeba" - w dodatku przynajmniej amfibrachem ale niestety skrupulatnie schował pieniądze do ekstrawaganckiego portfela). I najzwyczajniej w świecie wyszedł, nawet nie uchyliwszy przed ekspedientką drobnokraciastego kaszkietu.

Biedronka wprawdzie centralna, śródmiejska, można powiedzieć - luksusowa, bo na T., różnych ludzi tam widywałem ale jego nie spodziewałbym się nigdy. Cóż, poeta też przecież jeść musi, choć jak twierdzą niektórzy - właściwie to się z nimi zgadzam - twórca gdy głodny, to płodny. Może więc w trosce o kulturę narodową powinienem był wybiec za nim ze sklepu, wyszarpać tę jednorazową reklamówkę z jego ręki i przemówić do rozumu? Gdyby ktoś jeszcze spotkał D. albo innego twórcę w markecie czy dyskoncie proszę, niech ma to na uwadze.

 

 

 
1 , 2