stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
wtorek, 26 stycznia 2010
Sąsiedzi zza zasłonki i zza okna

Przez uchyloną zasłonkę, w odległości ok 1,5 m. widzę skarpetkę Jerzego Hoffmanna. Czarną, cienką, z niewielkim nadrukiem. W skarpetce wykrzywiona reumatycznie stopa. Reżyser Hoffmann rusza tą stopą, a ja nie widzę reżysera Hoffmanna a jedynie te skarpetkę. Tzn. zielona (szpitalna, chirurgiczna) zasłonka trochę prześwituje i widzę kontur twórcy oraz słyszę jak rozmawia przez telefon. Jest spolegliwy i ugrzeczniony. Czy można zrobić zastrzyk? Ależ jak najbardziej, oddaję się do dyspozycji, jestem całkowicie gotów. Przeniesiemy pana już na oddział - bardzo uprzejmie zapraszam i proszę. Przy reżyserze chyba wychodzę na osobę nieokrzesaną. I nie przychodzi do mnie Olbrychski. Z moimi gośćmi pielęgniarki nie robią sobie zdjęć. Jeszcze.

A do mojej sąsiadki z prawej przychodzi siostrzeniec. Jest pracownikiem naukowym, o wielkiej delikatności i cierpliwości. A już najbardziej cierpliwa jest moja sąsiadka zza zasłonki. Tylko leży. Oddycha respiratorem. Oddaje mocz przez cewnik. Znosi mycie, karmienie i to, że pielęgniarki mówią do niej pani Danusiu, albo, Danusiu (ma z 80 lat i chyba była lekarzem). Oj, pani Danusia jak ładnie zjadła. Jemy zupkę czy kanapeczki? O, jak ładnie pani dziś oddycha, nie trzeba odsysać.

Zauważyłem zresztą, że do wszystkich pacjentów z respiratorem/niesamodzielnych pielęgniarki zwracają się jak do dzieci. Panie Grzesiu - co, trzeba oddychać samemu. Pan Rysio chyba ma dziś gorszy nastrój. Ogolimy dzisiaj Rysia, ogolimy, panie Ryśku. A mojego imienia nie pamiętają. I dobrze. Najgorsze tylko, gdy muszę czekać aż zabiorą pełną kaczkę albo coś, co szumnie zowie się basenem.

Nie wspomniałem jeszcze o sąsiadach zza okna. Za oknem równolegle stoi rząd trzypiętrowych kamienic. Odległość - ok 70 m. Sąsiadami zza okna są w dużej mierze ptaki, często dokarmiane przez panią z 3 piętra z naprzeciwka. Piętro niżej na parapecie wygrzewał się kot. W mieszkaniu obok przez balkon wygląda niekiedy pani w papilotach. Na 1. piętrze czasem oglądają telewizję. Ale najlepsze cinema-verite mam zawsze o 6-7 rano. Prawie naprzeciwko (muszę tylko trochę przesunąć się na łóżku) mieszka samotna dziewczyna. Codziennie rano szykuje się do pracy. Pije kawę, je śniadanie. Ubiera się w łazience. Albo to ja mam zły wzrok. Zresztą nie chodzi tu o podglądactwo, chodzi o znaki życia z zewnątrz. Że w ogóle jest jakieś życie. Póki co moje życie płynie do mnie z kroplówki i z rurki z tlenem.

A tu za oknem kot (przyjdź jeszcze, kocie!). Kot jest realny. Ptak jest realny. Ptak lata. Odfruwa. Fruu.




13:02, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010
Ścisłe procedury

Saturacja - 92. Z tendencją spadkową.

Wypróżnienia - są. W miarę regularne.

Pacjent nie wstaje. Dostaje tlen i kroplówki.


Z zebranych danych oraz z wywiadu przeprowadzonego z pacjentem, wnioskuję, iż pacjent żyje, jednakże pewność będę miał po otrzymaniu wyników badań dodatkowych.

(-) dr Hannibal Lecter

 

 

18:21, stanwewnetrzny
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 stycznia 2010
Wałkonie, konowały, walikonie

Dwie tabletki na obniżenie gorączki siup w dziób i już tylko 38.2°C. I prawie mogę pisać (gdybym tylko te literki widział trochę wyraźniej!).

Tamiflu kosztuje 105 zł, ale przynajmniej ma ładnie zaprojektowane opakowanie, może warte swojej ceny. Zgrabne liternictwo. Gdyby jeszcze lek pomagał i nie został przepisany ot tak, na wszelki wypadek, ale po zrobieniu testów, analizach? Wsparłem szwajcarskie Roche, cóż. Może coś z tego skapnie grafikowi.

Jeszcze antybiotyk - po nim jeszcze gorzej - tzn. nie lepiej. Po co przepisywać celowany? Strzelajmy na oślep. Bang bang. A nuż w coś się trafi.

Powiem wam, że jestem zawiedziony - gorączka i choroba nie wpływają dodatnio na kreatywność. Nie miałem żadnych wizji, genialnych pomysłów, nie przyszła do mnie św. Cecylia, ani trzej królowie nie odwiedzili mimo dzisiejszego święta. A moja matka twierdzi, że to wszystko dlatego, że się jej nie słuchałem i że od Boga się odwróciłem. Wyspowiadaj się - powiada - przyjmij sakrament chorych, wyzdrowiejesz, zobaczysz. I wtedy nie wiem co odpowiedzieć, żeby nie było jej przykro, że tak naprawdę jej przekaz brzmi "opłaca się". No tak, ale ja jestem pyszny i zatwardziały ale wdzięczny matce.

Jak tak człowiek leży i nie może się podnieść (w ostatnim 1,5 tygodnia było kilka takich dni, gdzie z braku nocnika sikałem do opakowania po soku Hortex pomarańczowym) i - nie chcę tu używać wielkich słów, ale - cierpi i go boli, to się zastanawia nad tym, co pisał Gombrowicz o bólu. Gombrowicz pisał o bólu, że to jest prawdziwa egzystencjalna trauma. I niech tam Sartre i Camus plotą puste rozważania o śmierci, ale jego bardziej dotyka ból zęba, który uniemożliwia myślenie, funkcjonowanie i bynajmniej nie jest wydumany. Leżąc (i kwicząc) myślałem sobie, że miał rację, miał cholerną rację. Perspektywa długotrwałego bólu, który - zakładając że nie ma wartości ekspiacyjnej, metafizycznej, ofiarnej, ani nie jest karą za cokolwiek, tylko po prostu jest (JEST!) powoduje, że myślę za Gombrowiczem: ból gorszy od śmierci. Pamiętacie co to była misericordia? Ale żeby nie było tu znowuż jakoś tak poważnie - skontruję to wszystko zestawem: PSIKUS, BLAGA, DLA PUCU.

Nie chce mi się jeść. Ani walić. Narzekać też już nie. Ari vederci, ou revoir, ahoj, hoj. Nie wiem kiedy, mam nadzieję szybko. Jutro może w szpitalu mi pomogą. Chyba że się wywinę.

Kończę, bo coraz bardziej wstydzę się tego co tu napisałem - wybaczcie choremu.




18:01, stanwewnetrzny
Link Komentarze (6) »