stanwewnetrzny@gazeta.pl


RSS
wtorek, 06 maja 2014
Wielkie, wielkie piękno

Zaczęło w nim coś pękać na pogrzebie. Nie żeby się załamał – na to nie pozwalała mu jego maska, jego całe wcześniejsze przemyślane i dopracowane życie. Płakał, mimo iż uważał że płacz na pogrzebie jest zarezerwowany dla najbliższej rodziny. Biorąc na ramię trumnę z ciałem syna przyjaciółki, dał dojść do głosu emocjom, które poruszyły mięśniami jego twarzy, nawilżyły oczy, wypełniły łzami kanaliki. Puściło.

Czy dlatego że zmarły nie miał przyjaciół, którzy ponieśliby trumnę, czy też z innych powodów, emocje znalazły ujście. Może pierwszy raz od lat zrobił coś, czego nie przewidywał, czego zupełnie nie uwzględniały jego wystudiowane zasady zachowania się z klasą, dzięki którym wydawał się w oczach innym człowiekiem jeszcze doskonalszym. Jeszcze bardziej cynicznie pogodzonym z formami świata i  jego pustką.

Potem następowały wypadki, z których: jedne – powiedzmy -  kontynuowały owo pęknięcie, drugie zaś szły tak jak gdyby nic się nie wydarzyło: żadne pęknięcie na pogrzebie, żadne wypadnięcie z Formy a tym bardziej żadna przemiana. I wszystko się mieszało. Jak w życiu. Płacz i poza. Cynizm i wiara. Kpina i szczerość. A w tle: Czas, który mijając także robił swoje.

W kpinie (a może w świętości) znalazło się jednak kilka pożywnych okruchów. Wystarczyło. Dały potężną siłę, która sprawiła że twórczo niepłodny pisarz zaczął po czterdziestu latach swą drugą książkę. Nie wiemy czy ją skończy. A może to nie jest ważne. Przecież to wszystko jest sztuczką. Tylko sztuczką, Jepie Gambardella. Tylko sztuczką. Czyż nie, panie Sorrentino?

ptaki na tarasie Jepa Gambardelli

Pisane po drugim kinowym obejrzeniu  Wielkiego piękna. Wcześniej chyba nigdy tego nie robiłem.

wtorek, 12 marca 2013
Strzyżenie aniołów

Podwórka Ochoty niosły głos, myślałem że to głos anielski. Że może jednak Jan miał rację co do Apokalipsy. Że ostatni papież, Malachiasz, te sprawy. Że to już. Głos niósł rytmiczne, skandowane w sekundzie wielkiej (lecz jakby nietemperowanej) Aaa-i, Aaa-i. Gromkie, chóralne -chór mieszany z przewagą mężczyzn.

Aaa-i

Aaa-i

(Adonai?) To już? Zstępuje?

Wypadłem na Częstochowską, potem na Nieborowską. Anioły okazały się piłą łańcuchową, robotnicy przycinali zbędne gałęzie, robiąc przedwiosenne porządki.



środa, 26 grudnia 2012
Siła ziół

No i wtedy odkryłam herbatkę vitax na noc, dzięki czemu nie muszę już pić wódy żeby usnąć.

(zasłyszane)

23:30, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Wigilia 2012

Boże, jak dobrze że już po wszystkim. Nienawidzę tych świąt, napięcia, mojej rodziny. Dobrze że tylko jedne takie w roku.

P.S.

Od 21.12 dzień się wydłuża!

19:18, stanwewnetrzny
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 grudnia 2012
Książka do poduszki

W zeszłym tygodniu pisałem o usypianiu się trochę halucynogennym. Dzisiaj znowu wstałem późno, trochę przed południem. Żadnych farmaceutyków nie brałem. Przeciwnie - przed snem wytrąbiłem prawie całą butelkę coli (kofeinowej przecież).
Podejrzewam że uśpił mnie Antoni. Nie ten apostoł od spraw beznadziejnych, tylko brytol, Giddens. Po lekturze Nowoczesności i tożsamości spałem jak suseł. Snem sprawiedliwego. Bo godne to i sprawiedliwe czytać mądre książki. W ogóle cieszy mnie że wróciłem do książek - wprawdzie w skali mikro ale zawsze. A Giddensa czytał mój kolega na studiach prawie dekadę temu. I opowiadał, a ja miałem poczucie że to rzeczywiście ważne sprawy. I chciałem teraz sprawdzić czy idee się nie zestarzały.
Jestem na początku ale jak na razie wydaje mi się że sam dyskurs trąci myszką. (Jak mi się zdaje) obecnie nie mówi się już o "nowoczesności" "późnej nowoczesności" ani tym bardziej "postmodernizmie" (tak naprawdę: ponowoczesności). Giddens stał się klasykiem i trzeba go czytać w kontekście jego czasów - czyli 15-20 lat wstecz (cóż, niech to świadczy o szybkości naszych czasów). A więc jest to ciekawe ale mam wątpliwości czy mówi o tych nas, którzy żyjemy dziś. To już raczej Bauman bardziej.

A w ogóle to usypia dość dobrze, lepiej niż wiersze Ewy Lipskiej. Właśnie. Czas na popołudniową drzemkę.


niedziela, 09 grudnia 2012
Zolpidemowy strumień świadomości

A miałem przecież taką ochotę żeby tu napisać - o tym jak mi się już nie chce czytać, a zwłaszcza czytać z obowiązku, czytać książek grubych, ale też i Polityki na którą coraz mniej mnie stać - a jak już wydam te 5 zł to żeby się mniej marnowało mam przymus przeczytania wszystkiego, każdego artykułu. To chore.

Myślałem kiedyś że z czytania będę żył, i z pisania - ale okazuje się że w zasadzie to nie żyję z niczego. A w ogóle to nie żyję być może wcale. Tak, to jest bliskie prawdy.

Chociaż teraz - piszę, a klawisze stały się tak podejrzanie miękkie, przyjazne, rozstępują się pod palcami, to chyba po tym Zolpidemie.
A czytać nie ma co. Lubię oglądać za to telewizję. Wiem że to niemodne jarać się telewizją ale ja lubię, żeby coś grało i świeciło do mnie, żebym nie musiał wiele nastawiać, wyszukiwać, tylko włączę - i leci.
Leci Na wspólnej, Na DOBRE I ZŁE, ale też i tygodnik kulturalny (to akurat w komputerze oglądam) w którym mówią o ważnych książkach. Że trzeba przeczytać. Justyna Sobolewska o tym mówi a inni się przeważnie zgadzają.
Ale skoro co tydzień (klawisze stają się jak glony z dna wyrastające przez które muszę się przebijać) są dwie książki do przeczytania, polecenia, i to nie takie że WAŻNE dla twojego życia, po prostu dobre książki, dobrze napisane, które warto przeczytać żeby nie wypaść z tego obiegu kultury, to to jest strasznie, o wiele jak dla mnie za dużo. A książki dla ciebie ważne to mogły być już napisane hoho temu albo jeszcze powstają - lub nie, lub nie powstaną wcale. A książki ciekawe i ważne - z kolei wcale nie muszą być dobrze napisane.

Po Zolpi ekran mi pływa, okna w XP nagle dostały faktur, warstw, czegoś w guście trójwymiaru. Ja też płynę w kierunku ekranu, słucham jeszcze jakiejś dziwnej muzy z soundclouda - taki dialog ktoś prowadzi ze mną: artystka Mjol utworem Sound postcard from Albania.

I rozjeżdża mi się tekst, ekran, widzę kabelki, przewody - to śmieszne że tyle tego trzeba żeby posłuchać drugiego człowieka. Kiedyś wystarczyło radio albo koncert albo spotkanie. Ziewy mną dominują, płaski ekran komputera zapada się w lewo, moment już taki, że Farmacja jest silniejsza od Biologii - pewnie zawsze wygrywali w siatkę albo zawody w biegach przełajowych.

Aha i jeszcze nie mam hasła do blogu, tak już tam ostatnimi czasy zaglądałem rzadko, że przepadło czy zmienili czy co? Więc tekst piszę nie wiadomo do kogo bo może się nigdzie nie ukazać. No chyba ze gazeta wielkodusznie naprawi stronę z odzyskiem haseł.

 

wtorek, 30 października 2012
Bezczynność

Trwanie w inercji daje wszystkie możliwości i jest rozkosznym oczekiwaniem zupełnie nieznanego, podczas gdy poruszenie się w jakimkolwiek kierunku wyklucza wszystkie inne kierunki.

S. Mrożek, Dziennik, t.1, s 105.

10:30, stanwewnetrzny
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 października 2012
Maciejka październikowa

Spadł śnieg, a mnie jeszcze po nocach maciejka pachnie. Nie, nie mam zwęchów. Po prostu wysiałem ją na początku sierpnia, więc zgodnie ze swoim cyklem wegetacji zakwitła na przełomie września i października, i myślę że przetrzyma do listopada, może kilka kwiatków, może jeden chociaż. Uwielbiam ten zapach oraz to że poczuć go można dopiero wieczorem. Leżak złożony, spoczywa na pawlaczu, w doniczkach schną resztki aksamitek, jedynym żywym tchnieniem ciepłych dni pozostaje ta maciejka. Dobrze jest mieć balkon.

 

 

czwartek, 11 października 2012
Heros z Lizbońskiej

No bo gdzie czytać książkę o Mironie jak nie kątem w autobusach, tramwajach, przysiadając na chwilę na ławce w parku. Wśród ludzi koniecznie, wśród szpitalnych historii. W drodze do, w drodze z, przejazdem, mimochodem, wypożyczoną z biblioteki. I czytanie takie nie jest bynajmniej zgłębianiem twórczości, a raczej studiowaniem człowieka, postawy, spełnionego życia. Trochę jak żywoty świętych. Mojego losu nie porównuję, bo jest - przeciwnie - prawie maksymalnie nieudany (no, może oprócz życia seksualnego ostatnio). Wystarcza mi świadomość, że czyjaś - w tym wypadku Mironowa - egzystencja była wykorzystana do końca, do-pełniona, że jemu się to udało, czyli że nie jest tak, że się wcale nie da. Kiedyś, w starożytności, wzorem postępowania były życiorysy herosów. Białoszewski jest takim losem do studiowania. Heros z Lizbońskiej. Mam to szczęście, że codziennie mijam jego blok, przejeżdżam autobusem. Wyglądam wtedy przez okno, przerywając lekturę.
Sancte Mirone, ora pro me!

 

Anna Sobolewska, Maksymalnie udana egzystencja. Szkice o życiu i twórczości Mirona Białoszewskiego, IBL PAN, 1997.

poniedziałek, 24 września 2012
Warszawska Jesień 2012

A skoro o festiwalu mowa, to widziałem Lutosławskiego w autobusie. Jechał jakby z Saskiej Kępy w kierunku Teatru Wlk. Nawet dobrze się trzymał, odmłodniał, zmartwychwstał. Beżowy nosił pulower. Siedział tyłem do kierunku jazdy.
Wyjrzałem przez drzwi (bo staję przeważnie przy drzwiach), na zielone czekał ten od Apokalipsy. Jak zwykle w solidnej granatowej kurtce. Pikowanej. Chodzi w niej także latem - widziałem. W ogóle dużo chodzi po Nowym Świecie, nawet taką książkę wydał.
A więc Konwicki w w granatach, Lutosławski w beżach. Warszawska Jesień nadaje.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33