|
|
wtorek, 09 lutego 2010
Leżenie, leczenie, lenienie
Leżę w tym szpitalu, zaczął się drugi miesiąc. Dużo czasu. Społecznie się uwsteczniłem, kontakty jedynie z lekarzami, jedynie na poziomie służbowym - a raczej podległym - nie są rozwijające.
Owszem, na początku nie miałem na nic siły. Ale teraz siłę mam. Przynajmniej na tyle, żeby myśleć. Myślę więc. Nie, nie o chorobie (to mam cały czas w głowie, przerabiam etapy pogodzenia się etc. i nie tracę czasu na myślenie kierunkowe). Myślę o tym, że jak się jest w szpitalu, to - właśnie - jest dużo czasu na myślenie. I na przemyślenie. Tzn. tak chyba powinno być.
Powinno?
Sam nie wiem. Niby próbuję odżegnywać się od wszelakich powiności i schematów. Ale z drugiej strony np. ktoś mi zasugerował, że wyjdę ze szpitala dojrzalszy. A niby z jakiej racji? A jak wyjdę cofnięty? Znaczy co - zmarnowałem czas?
I teraz pytanie o strategię. Co można robić w szpitalu? Wiadomo, leży się, ma się badania, przyjmuje leki, docelowo - zdrowieje. Ale co oprócz tego. Leży się. Chodzi - tyle ile można (mi nie zabardzo można). Poddaje szpitalnemu trybowi życia. Się. Jest to sytuacja przymusowa, niewdzięczna, sytuacja zamknięcia. Takie trochę więzienie. Pamięta ktoś film Symetria? Bohater grany przez Chyrę miał strategię. Jego tam nie było. Leżał, czytał. Miał plan lekturowy, był wolny. Nie stał w miejscu.
Wydaje mi się, że wszystko zależy od wyrobionych nawyków. Jeśli na przykład byłem leniem albo działałem pod wpływem impulsów bądź nastroju (czytam, kiedy książka jest interesująca ale bez szczególnego planu, uczę się gdy mam taki kaprys, piszę gdy natchnienie), to szpital niczego tu nie zmieni. Ani więzienie - jeśli kiedyś tam trafię.
A może zmieni? Przedwczoraj poczułem potrzebę jakiegoś planu, nie wiem - ćwiczeń duchowych, strategii, czegokolwiek, co da mi w tym szpitalu przestrzeń, oddech, wolność. Na razie uzyskuję to śniąc (ale niewielka w ty moja zasługa), a raz włożyłem wysiłek w medytację - i było to super, naprawdę dało mi haust świeżego powietrza.
Muszę balansować. Z jednej strony mogę nie mieć siły i szpital jest niezłą wymówką nicnierobienia. Z drugiej - nie tylko nie skapcanieć do końca, ale może właśnie choć trochę wycisnąć z tego czasu dla siebie, ku pożytkowi.
Na razie tylko blog jest czymś takim. Zwolniłem się nawet z czytania (ale za to obejrzałem kilka filmów). Na stoliku leżą Łaskawe, Punkt zwrotny, Ja, Michał z Montaigne. W intenecie też w cholerę książek, kursów, miejsc. Cały runet do spenetrowania. Audiobook Boży wojownicy, kurs hiszpańskiego na mp3. A ja bez sensu słucham radia, zapamiętale kręcę gałką i namiętnie zmieniam stacje.
niedziela, 07 lutego 2010
Podróże po różowej tabletce
I dźwigałem te cholerne narty na jakiejś przełęczy (przecież nie mogę dźwigać z tym sercem, poza tym nie cierpię nart). A na szczycie, na skałkach, grał zespół Osjan. W basenie. I był jakiś performace, do którego wciągano publiczność. I szedłem dalej, w sznureczku ludzi - oj zatłoczone mamy te tatrzańskie szlaki. Na wielką, przestrzenną, zieloną halę (polanę) przyleciał helikoter i zabrał część nart. Nie te, które niosłem. Więc dalej szedłem po szlaku. Potem poprowadziłem poranną audycję w radiu. Zostawili mnie samego w studiu. I nikt nie wyjaśnił, jak obsługiwać ten cały sprzęt. Na korytarzach nikogo, sprzątaczka tylko - niemiła i lekceważąca. Puszczając muzykę nie byłem pewien, czy faktycznie jestem na antenie. Między piosenkami coś gadałem - ale byłem nieprzygotowany i opowiadałem tylko o tym, że jestem nieprzygotowany i uzasadniałem to w ten sposób, że muszę gadać i prowadzić tę audycję - żeby był dowód. Mojego zaniedbania i niezgrabności. Żeby było nagrane. A potem trafiłem do byłej dziewczyny (miałem ze sobą te cholerne narty) do jej byłego mieszkania - które jakoś urosło w międzyczasie - i spotkałem tam jej chłopaka, ogolonego, ubranego w szlafrok i ze trzy razy przystojniejszego ode mnie. I wyższego! Ładna para. Następnie szybko sprawdziłem, czy jest bezpośredni autobus do szpitala (na szczęście był - na szczęście bo ja przecież w krótkich spodniach, a mróz) i zdążyłem przed ciszą nocną. Szybko się przebrałem i hop do łóżka. Teraz trochę boli mnie gardło. Przewiało mnie gdzieś w górach, następnym razem pomyślę o szaliku.
czwartek, 04 lutego 2010
A mi się już nie chce
Jestem w drugim szpitalu, salę zmienałem cztery razy, oddział - trzy. Mam trzecią (tym razem już chyba prawidłową) diagnozę. Swoją historię opowiedziałem ok. 30 lekarzom, za każdym razem od nowa. Dostałem 100 rodzajów leków, sikałem do kaczki załatwiałem się do basenu, musiano mnie myć. Nie wiadomo jakie rokowania, nie wiadomo czy się poprawi, i czy np. .... i czy np będę ...... .
I ja już nie mam ochoty o tym opowiadać ani pisać. I ja już nie mam ochoty odpowiadać na żadne pytania, choćby zadane z największą troską.
Niniejszym zawieszam pisanie do czasu poprawy stanu zewnętrznego a głównie wewnętrznego, i też nie będę się tłumaczyć.
Teraz tylko radio, telefon. Prasa. Książka. Ruchu nie mogę, zalecony odpoczynek.
Od komputera się odzwyczaiłem nie miałem nawet żadnego syndromu odstawienia (mimo, że sądziłem, że jestem uzależniony).
Zresztą - im więcej sprzętu, tym większe kłopoty, tym większe nerwy.
wtorek, 26 stycznia 2010
Sąsiedzi zza zasłonki i zza okna
Przez uchyloną zasłonkę, w odległości ok 1,5 m. widzę skarpetkę Jerzego Hoffmanna. Czarną, cienką, z niewielkim nadrukiem. W skarpetce wykrzywiona reumatycznie stopa. Reżyser Hoffmann rusza tą stopą, a ja nie widzę reżysera Hoffmanna a jedynie te skarpetkę. Tzn. zielona (szpitalna, chirurgiczna) zasłonka trochę prześwituje i widzę kontur twórcy oraz słyszę jak rozmawia przez telefon. Jest spolegliwy i ugrzeczniony. Czy można zrobić zastrzyk? Ależ jak najbardziej, oddaję się do dyspozycji, jestem całkowicie gotów. Przeniesiemy pana już na oddział - bardzo uprzejmie zapraszam i proszę. Przy reżyserze chyba wychodzę na osobę nieokrzesaną. I nie przychodzi do mnie Olbrychski. Z moimi gośćmi pielęgniarki nie robią sobie zdjęć. Jeszcze.
A do mojej sąsiadki z prawej przychodzi siostrzeniec. Jest pracownikiem naukowym, o wielkiej delikatności i cierpliwości. A już najbardziej cierpliwa jest moja sąsiadka zza zasłonki. Tylko leży. Oddycha respiratorem. Oddaje mocz przez cewnik. Znosi mycie, karmienie i to, że pielęgniarki mówią do niej pani Danusiu, albo, Danusiu (ma z 80 lat i chyba była lekarzem). Oj, pani Danusia jak ładnie zjadła. Jemy zupkę czy kanapeczki? O, jak ładnie pani dziś oddycha, nie trzeba odsysać.
Zauważyłem zresztą, że do wszystkich pacjentów z respiratorem/niesamodzielnych pielęgniarki zwracają się jak do dzieci. Panie Grzesiu - co, trzeba oddychać samemu. Pan Rysio chyba ma dziś gorszy nastrój. Ogolimy dzisiaj Rysia, ogolimy, panie Ryśku. A mojego imienia nie pamiętają. I dobrze. Najgorsze tylko, gdy muszę czekać aż zabiorą pełną kaczkę albo coś, co szumnie zowie się basenem.
Nie wspomniałem jeszcze o sąsiadach zza okna. Za oknem równolegle stoi rząd trzypiętrowych kamienic. Odległość - ok 70 m. Sąsiadami zza okna są w dużej mierze ptaki, często dokarmiane przez panią z 3 piętra z naprzeciwka. Piętro niżej na parapecie wygrzewał się kot. W mieszkaniu obok przez balkon wygląda niekiedy pani w papilotach. Na 1. piętrze czasem oglądają telewizję. Ale najlepsze cinema-verite mam zawsze o 6-7 rano. Prawie naprzeciwko (muszę tylko trochę przesunąć się na łóżku) mieszka samotna dziewczyna. Codziennie rano szykuje się do pracy. Pije kawę, je śniadanie. Ubiera się w łazience. Albo to ja mam zły wzrok. Zresztą nie chodzi tu o podglądactwo, chodzi o znaki życia z zewnątrz. Że w ogóle jest jakieś życie. Póki co moje życie płynie do mnie z kroplówki i z rurki z tlenem.
A tu za oknem kot (przyjdź jeszcze, kocie!). Kot jest realny. Ptak jest realny. Ptak lata. Odfruwa. Fruu.
środa, 20 stycznia 2010
Ścisłe procedury
Saturacja - 92. Z tendencją spadkową.
Wypróżnienia - są. W miarę regularne.
Pacjent nie wstaje. Dostaje tlen i kroplówki.
Z zebranych danych oraz z wywiadu przeprowadzonego z pacjentem, wnioskuję, iż pacjent żyje, jednakże pewność będę miał po otrzymaniu wyników badań dodatkowych.
(-) dr Hannibal Lecter
środa, 06 stycznia 2010
Wałkonie, konowały, walikonie
Dwie tabletki na obniżenie gorączki siup w dziób i już tylko 38.2°C. I prawie mogę pisać (gdybym tylko te literki widział trochę wyraźniej!).
Tamiflu kosztuje 105 zł, ale przynajmniej ma ładnie zaprojektowane opakowanie, może warte swojej ceny. Zgrabne liternictwo. Gdyby jeszcze lek pomagał i nie został przepisany ot tak, na wszelki wypadek, ale po zrobieniu testów, analizach? Wsparłem szwajcarskie Roche, cóż. Może coś z tego skapnie grafikowi.
Jeszcze antybiotyk - po nim jeszcze gorzej - tzn. nie lepiej. Po co przepisywać celowany? Strzelajmy na oślep. Bang bang. A nuż w coś się trafi.
Powiem wam, że jestem zawiedziony - gorączka i choroba nie wpływają dodatnio na kreatywność. Nie miałem żadnych wizji, genialnych pomysłów, nie przyszła do mnie św. Cecylia, ani trzej królowie nie odwiedzili mimo dzisiejszego święta. A moja matka twierdzi, że to wszystko dlatego, że się jej nie słuchałem i że od Boga się odwróciłem. Wyspowiadaj się - powiada - przyjmij sakrament chorych, wyzdrowiejesz, zobaczysz. I wtedy nie wiem co odpowiedzieć, żeby nie było jej przykro, że tak naprawdę jej przekaz brzmi "opłaca się". No tak, ale ja jestem pyszny i zatwardziały ale wdzięczny matce.
Jak tak człowiek leży i nie może się podnieść (w ostatnim 1,5 tygodnia było kilka takich dni, gdzie z braku nocnika sikałem do opakowania po soku Hortex pomarańczowym) i - nie chcę tu używać wielkich słów, ale - cierpi i go boli, to się zastanawia nad tym, co pisał Gombrowicz o bólu. Gombrowicz pisał o bólu, że to jest prawdziwa egzystencjalna trauma. I niech tam Sartre i Camus plotą puste rozważania o śmierci, ale jego bardziej dotyka ból zęba, który uniemożliwia myślenie, funkcjonowanie i bynajmniej nie jest wydumany. Leżąc (i kwicząc) myślałem sobie, że miał rację, miał cholerną rację. Perspektywa długotrwałego bólu, który - zakładając że nie ma wartości ekspiacyjnej, metafizycznej, ofiarnej, ani nie jest karą za cokolwiek, tylko po prostu jest (JEST!) powoduje, że myślę za Gombrowiczem: ból gorszy od śmierci. Pamiętacie co to była misericordia? Ale żeby nie było tu znowuż jakoś tak poważnie - skontruję to wszystko zestawem: PSIKUS, BLAGA, DLA PUCU.
Nie chce mi się jeść. Ani walić. Narzekać też już nie. Ari vederci, ou revoir, ahoj, hoj. Nie wiem kiedy, mam nadzieję szybko. Jutro może w szpitalu mi pomogą. Chyba że się wywinę.
Kończę, bo coraz bardziej wstydzę się tego co tu napisałem - wybaczcie choremu.
środa, 30 grudnia 2009
Kalendarzyk
Kalendarzyk (terminarz) 2009 stoi u mnie na półce. Kieszonkowy format 9x15 cm. Ma nietypową, bo autorsko przeze mnie oklejoną okładkę. Czerwona, elegancka gumka zapobiega przypadkowemu otwarciu.
Nigdy jakoś specjalnie nie miałem nawyku prowadzenia terminarza. Wolałem pamiętać, zapisywać na świstkach albo po prostu nie planować dalekosiężnie. Ale przez dwa przedostatnie lata kalendarzyki miałem i zapisywałem w nich najpierw - to co się zdarzyło (np. 13 lipca 2007: rano [tj przed południem] próbuję czytać Kołakowskiego, co kończy się zaśnięciem, 19.00 - Karp v Dobra Karma - Karp, fajna zabawa) potem - w związku z wizytami u lekarza i na terapii, emigracją i szukaniem pracy - także najbliższe plany, oraz adresy, telefony, nierzadko i przemyślenia.
W tym roku w kalendarzyku nie zapisałem nic. Jest czysty, tabula rasa, carta blanca. Nie miałem zamierzeń, planów, ważnych spraw. Mój terminarz jest pusty. Czas mnie nie gonił. Właściwie tego roku jakby nie było. Względność czasu okazuje się niekiedy jego bezwzględnością.
Mam ochotę przejść się nad Wisłę (lub do lasu), i rozpaliwszy ognisko, cisnąć kalendarz w ogień i patrzeć jak płonie. To byłoby takie symboliczne. Ale ponieważ tak naprawdę nie wstydzę się tego roku, i nie mam też ochoty go podsumowywać, kalendarzyk oddam na makulaturę. Tak będzie lepiej dla ekosystemu. Żadnych spektakularnych gestów.
wtorek, 29 grudnia 2009
Wanna egzystencjalna
A gdyby tak, a gdyby tak... A gdyby tak zdarzyło się, że umarłbym tam, w wannie, parę godzin temu - próbując się rozgrzać, przestać trząść, próbując walczyć z gorączką. Gdyby mi się tam zmarło ze słuchawką prysznica w ręku, w przykrótkiej wannie, w za małej łazience. Przy drzwiach otwartych - żeby było słychać włączone radio w pokoju (program pierwszy), pracującym komputerze bez wygaszacza. Myślałem o tym siedząc w tej przykrótkiej wannie, polewając się wodą z prysznica. Czy moją śmierć wziętoby za umyślną ? W końcu rzadko korzystam z wanny w pozycji siedzącej. Po jakim czasie woda wylałaby się z wanny, wyparta przez moje ciało i siebie samą, niezakręcona zaczęła zalewać sąsiadów - i jakie znaczenie miałoby wtedy prawo Archimedesa? I myślałem o tych rzeczach zupełnie praktycznie (chyba że była to maligna), zagadnienie de anima zupełnie jakby lekceważąc.
środa, 23 grudnia 2009
Proroctwo na święta
A po spożyciu Wieczerzy wigilijnej, modłach i spiewaniu pieśni nabożnych kolędami zwanych, cały Lud Boży zasiadł do komputerów.
wtorek, 22 grudnia 2009
Senior bełkot finder
Dynamiczny rozwój firmy powoduje nieustanne zapotrzebowanie na nowych, pracowników. Do naszych zespołów poszukujemy ludzi, którzy chcą realizować swoje pomysły i nieustannie dążyć do doskonalenia swoich umiejętności. Docieramy z przekazem naszych Klientów do grona odbiorców, na których standardowa reklama już nie działa. Nasza firma jest wiodącą firmą komunikacji biznesowej w Polsce. Nasza oferta skierowana jest do kadr zarządzających firmami w wybranych sektorach gospodarki.
Interactive Media Planner
Kierownik ds. Produkcji Kontentu Cyfrowego
Researcher / Strateg
Senior Account Executive
Specjalista ds. reklamy
NEW BUSINESS MANAGER
SENIOR ACCOUNT MANAGER
Senior Channel Manager
OSOBOWOSC TELEWIZYJNA
Media Manager
SEO Junior Specialist
Specjalista ds. Technologii Internetowych Nr ref. TI
Specjalista ds .. Marketingu i PR
Interactive Media Planner
Media Planning Assistant
SPECJALISTA DS.BADAN RYNKU(wyników badan specjalistycznych)
Prezenterka do reklamy Internetowej
Kierownik ds.Planowania Sprzetu Abonenckiego
Specjalista ds. media relations
Specjalista ds. PR (sponsoring)
New Business Specialist
Presentation Producer/Director
TV Buyer
Junior Interactive Media Planner - Buyer
STAZYSTA W DZIALE STRATEGII
CRM Marketing Manager (Kierownik Marketingu CRM)
REDAKTOR PRZYRODY
Aktor/Artysta Estradowy
SPECJALISTA DS. CONTROLLINGU
Trochę żałuję, że nie wysłałem CV na redaktora przyrody. Redaktor przyrody to może ktoś taki, jak dyrygent nieboskłonów albo inscenizator pustyni.
|